Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Zaćmienie

Grudzień 26th, 2013 at 16:40

Nazbierało się już trochę wpisów, chyba prawie sto, a że nie czytam ich namiętnie do poduszki, chociaż czasami do niektórych wracam, to mam wrażenie, że się powtarzam. To by jeszcze nie było złe. Gorzej byłoby, gdybym pewne zdarzenia kilka razy opisała w różny sposób. Nie pochlebiam sobie, że jest ktoś, kto to wszystko przeczytał, a na dodatek pamięta i będzie mnie przyłapywał na nieścisłościach, ale gdyby, jednakże, jakimś przedziwnym przypadkiem komuś rzuciło się w oko, że raz piszę tak, a drugi raz inaczej o tym samym, to nie dlatego, że wymyślam zdarzenia, tylko, że czas powoduje, że różnie pamiętam różne sytuacje i zależnie od momentu odmiennie je interpretuję.

Ten wstęp był po to, żeby się usprawiedliwić, że może już kiedyś opisałam tę sytuację, ale dziś znowu myśl o niej mnie dopadła. To nie jest na tyle traumatyczne przeżycie, żeby myśleć o tym bez przerwy, ale na tyle nieprzyjemne, że co jakiś czas do mnie wraca.

Kiedy napisałam o kocie, ktoś skomentował, że pewnie jestem bardzo wrażliwa. I cóż mogę odpowiedzieć? Sama nie wiem co oznacza tak do końca słowo wrażliwy. Bo czy nie jest tak, że ci, którzy uchodzą za wrażliwych są często najbardziej przejęci sobą i swoją wrażliwością właśnie, że się roztkliwiają nad kotem bez oka, ale w sumie nic z tego nie wynika, przynajmniej dla kota? A ci, którzy faktycznie robią coś pożytecznego dla świata się nie rozczulają, nie roztkliwiają i nie piszą o tym? I nie mówią? Ale i to byłoby pewnie uproszczeniem – mówiłam, że lubię dzielić włos na szesnaścioro. Najczęściej jestem skłonna sądzić, że wrażliwość, to po prostu większa podatność na bodźce zewnętrzne. Wrażliwiec wyraźniej czuje świat, ma słabszą skorupę, dlatego widzi coś, czego mniej wrażliwi nie widzą, a czasami to, czego tak naprawdę nie ma, co wcale nie oznacza, że jest lepszym człowiekiem. Raczej czasami bardziej udręczonym.

Ale to nadal jest wstęp, bo chciałam tutaj napisać o moim bardzo niewrażliwym zachowaniu. Dzisiaj przeczytałam na GW, że jacyś ludzie (?) potrącili psa i nawet nie zainteresowali się jak umiera w rowie, tylko oglądali z niepokojem karoserię samochodu. Psa zawiozła do weterynarza dziewczyna, która tę historię opisała – niestety, pies nie przeżył. Zwykle nie czytam takich historii, bo nie mogę, cierpienie zwierząt jest dla mnie nie do zniesienia (wrażliwość?). Ale chciałam się dowiedzieć co z tym psem, bo miałam nadzieję, że przeżył. I uważam, że w świąteczny czas weterynarzowi się po prostu nie chciało go ratować, tak uważam, choć nie mam przesłanek. Dlaczego od razu uśpić – i jakie to piękne słowo, prawda? Bo przecież nie zabić. Nam weterynarz powiedział przez telefon – tylko eutanazja, też elegancko.

Spotkałam już i słyszałam historie o kilku weterynarzach, którzy nie lubią zwierząt, nadają się ewentualnie do badania mięsa i odebrania porodu cieląt. Zgorzknienie przeze mnie przemawia, ale od takiego zawodu oczekuję poczucia misji, a jak nie, to może przecież studiować stomatologię – też dużo nauki i pieniędzy, a misji nikt chyba nie oczekuje. Przepraszam, jeśli czyta to jakiś stomatolog z misją.

No i myślałam do siebie wszystko co złe o tych stworach z samochodu, że ich nie cierpię, życzę im jak najgorzej i żeby im kino nie dojechało (jak ktoś oglądał Historię kina w Popielawach, to wie o co chodzi; najtrafniejsze przekleństwo jakie posłano bliźniemu).

I nagle sobie przypomniałam własne, jak to ładnie nazwałam, zaćmienie. Bo jak ja, to zaćmienie, jak inni, to podłość. Rzecz jasna. Kilka lat temu byłam w rodzinnym mieście na dworcu, spieszyłam się na pociąg. Podszedł do mnie mały chłopiec, miał może z pięć lat, nie za bardzo umiem ocenić wiek dziecka, taki trochę brudny, zaniedbany, w białej koszulce i spodenkach, popatrzył na mnie i cicho powiedział: proszę pani, a może mi pani kupić marsa? Tak to zapamiętałam. A może batonika? Albo coś do jedzenia?

Odruchowo powiedziałam, że nie i poszłam. Chyba dopiero po powrocie do Warszawy uświadomiłam sobie swoje zachowanie i aż mi się zimno zrobiło. Takie małe dziecko, samo na dworcu, żaden nachalny, wprawiony w żebraniu dzieciak (którego też zresztą szkoda), ale zabiedzony, głodny maluch, który chciał głupiego batonika. A mi się spieszyło na pociąg.

Powinnam go zaprowadzić na policję. A przedtem powinnam mu kupić obiad. Powinnam z nim porozmawiać. Napisać do gazety. Poszukać jego rodziców i kopnąć ich w wiadomo co. Napluć im w ich bezmyślne, zapewne zapite twarze. Zaprowadzić na odwyk. Znaleźć mu rodzinę. Powinnam. Ale wsiadłam do pociągu i pojechałam.

Mam nadzieję, że to dziecko spotkało kogoś mniej spieszącego się, mniej bezmyślnego i że ktoś mu pomógł. Nigdy się tego nie dowiem i dobrze mi tak.

Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy – kolejne powiedzonko do kolekcji, wcale nie takie głupie. Przecież nie zrobiłam tego ze złej woli, tylko z braku dobrej. Z pośpiechu. Z bezmyślności. Z zaćmienia.

Czy to mnie usprawiedliwia? Jasne, że mnie to nie usprawiedliwia. Ja tylko wykonywałem rozkazy, wiadomo kto się tak tłumaczył. Wiem, że to nieporównywalne, ale czuję się podle. I co z tego, nie o mnie tu chodzi, ja się nawet nie mam prawa czuć podle, bo to znaczy, że się nad sobą rozczulam, a to nie ja jestem ofiarą.

Może tylko taka konkluzja, żeby to moje nędzne doświadczenie komuś się kiedyś na coś przydało. Żaden pociąg i żadna sprawa nie zasługują na to, żeby się do nich aż tak spieszyć. W ogóle się nie spieszcie w tym nadchodzącym roku. Jak wszyscy zwolnimy, to i Ziemia zwolni i świat będzie musiał zwolnić. Inaczej to szaleństwo nigdy się nie skończy.

 

9 Responses to “Zaćmienie”

  1. Klaudia Says:

    Eh, wiem, o czym piszesz. Mam takie postanowienie, że nie pomagam ludzion na ulicy – w sensie nie daję pieniędzy. Ostatnio niechętnie też proponuje zakup jedzenia – przecież człowiek może iść do schroniska, o ile tylko nie będzie pił, będzie chciał się poprawić. Nawet kiedyś pokłóciłam się o to z jednym z bezdomnych, czuć było, że pił, a mówił, że chce na jedzenie – i jak tu dać. Mamy złe doświadczenia z narzeczonym z ludźmi potrzebującymi. Kiedyś pan nas poprosił o jedzenie i się zgodziliśmy, a on na to, że chce do konkretnej knajpki; brak słów… Ostatnio podeszła do nas też młoda cyganka i wepchnęła mojemu lubemu kwiatka. Mała różyczka. No zgodził się i wyciąga piątke. A ta się kłóci, że 10 zł. Nie chciała oddać 5 zł, którego już dostała. Na przystanku zrobił się szum, różyczkę ostatecznie nam rzuciła, ale złamała w dłoni. Staram się więc zaciskać w sobie, bo jestem wrażliwa na biedę innych ludzi i nie daje. Za to wypatruję zawsze różnych zbiórek żywności, Szlachetnej Paczki itp. Mam większą gwarancję, że komuś pomogę. Tylko jednego żałuję. Śpieszyłam się kiedyś na zajęcia i jakiś Pan poprosił mnie o złotówkę. Nie zgodziłam się, on – że chce na znicz, że jest przejazdem, a tu ma grób mamy. Poszłam dalej, ale do dziś żałuję. Coś w jego oczach było, że wiem, że mówił prawdę. Ale… śpieszyłam się.

  2. Agnieszka Says:

    Też przyłapałam się kilka razy na tym, że gonię gdzieś, nie ma czasu, szybko szybko! A zwykle to nie jest prawda, ZAWSZE znajdzie się chwila, tylko problem w tym, że przez ten pośpiech można nie zauważyć, że trzeba zwolnić i zwykle opamiętanie pojawia się gdy jest już “po ptokach”.
    I jeszcze link do artykułu który mi się od razu skojarzył gdy tylko przeczytałam konkluzję: http://joemonster.org/art/14387 (mam nadzieję, że wolno).

  3. mini Says:

    Ja właściwie nie mam takiego postanowienia, kieruję się raczej chwilą, intuicją, nie zakładam, że w ogóle nie dam pieniędzy, np. daję ludziom starszym, bo wiem, że oni już sobie nie zarobią, a nie daję młodym, ale i tutaj mi się zdarza. Niektórzy są faktycznie nachalni i bezczelni lub po prostu oszukują na czym tracą ci uczciwi, bo człowiek się ogólnie zniechęca do żebrzących, wiadomo.
    Po tym Panu ze zniczem też bym miała moralnego kaca. Nie da się cofnąć czasu, można jedynie uczyć się na własnych błędach. Tylko tyle. A może aż tyle. W końcu są ludzie, którzy popełniają wciąż te same błędy. Tak się pocieszam. I staram się mniej spieszyć i zatrzymać, kiedy trzeba.

  4. mini Says:

    Właśnie tak. Myślę, że czasami się nawet nie zastanawiamy dlaczego tak pędzimy. Po prostu biegniemy z przyzwyczajenia. Widzę to w piątki po szesnastej w centrum Warszawy. No, przecież chyba większość tych ludzi już się nie musi nigdzie spieszyć, prawda? Część umówiła się na miłe spotkanie ze znajomymi, a pędzą, jak do pracy. Z przyzwyczajenia. A ja często razem z nimi.

  5. mini Says:

    A artykuł świetny, dziękuję. Pomyśleć jakimi jesteśmy snobami. Płacimy duże pieniądze i wtedy siedzimy wbici w fotel, a ta sama muzyka zupełnie nas nie porusza, kiedy mamy ją za darmo i nie wiemy, że to “wielki artysta”. Tylko dzieci jeszcze się nie spieszą. Bardzo ciekawy eksperyment.

  6. Wisia Says:

    Mini, chyba każdy z nas ma na sumieniu takie zaćmienie. Różnica między tymi wrażliwymi (wiem, nie chcesz tego słowa, ale najprościej mi je tu zastosować), czy może ciut bardziej autorefleksyjnymi, a tymi nie- jest taka, że w ogóle pamiętają takie zdarzenia, przez pół (albo i całe życie) mają moralniaka i wyciągają wnioski na przyszłość. Często potem pokutują, i to nawet nie za siebie. Ja też na parę zdarzeń zapewne mogłam mieć wpływ, ale stan mojego umysłu, czy może poziom świadomości w tamtym momencie nie pozwolił mi dostrzec, że można i trzeba się wtrącić. Musiałam dorosnąć, zacząć patrzeć na świat własnymi oczami, własną wrażliwością, by w ogóle się zorientować, że wtedy działo się zło. I choć nie ja byłam mu winna, mogłam przynajmniej starać się łagodzić skutki.
    To, że człowiek się potem ocyka, to i tak sporo, jeśli spojrzeć na to, jak się ludzie do siebie i świata odnoszą, jak mechanicznie żyją – nawet nie że w pośpiechu, tylko z wdrukowanymi programami w głowie: “nie moja sprawa, mam większe zmartwienia, całego zła nie naprawię, to tylko zwierzę, nie moje dziecko, wyjdę na dziwaczkę itp”. Żeby przełamać taki program trzeba bardzo wiele autorefleksji i wiele siły. A nawet jeśli człowiek jest bardzo świadomy – mózg to maszynka, zdarza mu się zaciąć. Czasem zatnie się umiejętność liczenia w pamięci, a czasem empatia. Najważniejsze to uczyć się na błędach – wielu ludzi i tego nie umie.

  7. mini Says:

    Tak też sobie tłumaczę. Czasu nie cofnę, mogę tylko wyciągnąć wnioski. Z tym “wyjdę na dziwaczkę”, to też jest historia. Kiedy ludzie zimą zostawiają psy na długi czas pod sklepami, w takie duże mrozy, to czekam na takich delikwentów i zwracam im uwagę. I widzę w ich oczach zdziwienie połączone z politowaniem – co za świruska, nie ma chyba większych problemów. Ale przestałam się tym przejmować. Chociaż faktycznie była to największa bariera – żeby się nie ośmieszyć. A teraz phi, co mnie to obchodzi? Liczy się pies, a nie mój wizerunek.

  8. Magda Says:

    wciagajaco piszesz, podobaja mi sie niektore Twoje spostrzezenia
    jednak rozczarowala mnie Twoja opinia, ze poczucie misji bardziej przyda sie weterynarzowi niz stomatologowi
    czy jestes jesdnym z tych ‘wrazliwcow’, ktorzy kochaja zwierzeta, a ludzi juz troche mniej?

    pozdrawiam,
    M

  9. mini Says:

    Dzięki:) Trudno, nie można zadowolić każdego i zawsze. Stomatolog, który wykonuje swoją pracę bez zaangażowania wyrządza mniej krzywdy niż weterynarz, w ten sposób to rozumiem. Tzn. weterynarz może decydować o życiu, a stomatolog raczej rzadko, nie jest miło mieć źle wyleczone zęby, ale można zawsze iść do innego stomatologa.
    Tak, dokładnie jak piszesz, kocham zwierzęta, a ludzi tylko niektórych. Miłość nie wybiera, nic na to nie poradzę, że ludzie mnie potrafią zirytować, że potrafią być bezinteresownie podli, a zwierzęta nie.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>