Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Przednówkowe smęty

Marzec 4th, 2014 at 21:04

Dziękuję Ci, moja ulubiona Stalkerko, za przypomnienie tego zacnego słowa: przednówek. Taka bez życia jestem, smutna, zmęczona, z energią na minusie, no i uświadomiłaś mi, że to przednówkowa deprecha. Zatem trochę znowu posmucę, bo gdzie mam smucić, jak nie na swoim blogu.

Smutnych równie jak ja lub bardziej jeszcze lojalnie uprzedzam, chociaż czasami cudzy dołek jest jakoś pocieszający, nawet nie mówię, że złośliwie, że to taka radość z cudzego nieszczęścia (Niemcy mają na to jedno słowo, coś pięknego), ale raczej poczucie duchowej wspólnoty zdołowanych. Zatem uprzedzam, iż trochę smętnie będzie, dopóki mi się nie poprawi. A kiedy i czy w ogóle, tego nie wiem i nikt tego nie wie. W każdym razie postanowiłam zaakceptować swój smętny stan, bo dołować się swoją deprechą i martwić się, że się martwię, to już dla mnie za dużo.

Jest jak jest.

Pozaczynałam kilka wpisów, pozapisywałam je w szkicach i uznałam, że są bez sensu i nie chce mi się ich kończyć i publikować. Mam nadzieję, że ten nie wyląduje tamże.

Przespałam prawie cały weekend. Mój partner przeszedł w tym czasie pół Puszczy Kampinoskiej wraz ze swoją babcią i ciocią-babcią, czyli siostrą babci. A ja nie poszłam, bo stwierdziłam, że nie dam rady, jestem taaakaa zmęczoona i będę się wlokła za emerytkami, które są ode mnie o kilkadziesiąt lat starsze, zwalniając tempo i psując im nastrój. Od tego spania nie poczułam się bardziej wypoczęta, wręcz przeciwnie – to chyba nie jest zgodne z prawami fizyki, ale im mniej wydatkuję energii tym mniej jej mam. W poniedziałek rano ledwo dowlokłam się do pracy. Za to po wyjściu z niej postanowiłam dać sobie kopa i spacerowałam godzinę po mieście, a dzisiaj spacerowałam ponad dwie. I jestem zmęczona, ale mam dużo więcej energii.

Taka deprecha to przecież okazja do zwolnienia i zastosowania slow life w swoim życiu. Może organizm tak reaguje, kiedy wcześniej za bardzo pędził? Szłam zatem wolno, na ile mi moje zmęczenie pozwalało, skręcałam w uliczki, które mi się spodobały, zatrzymywałam się, kiedy miałam ochotę. Obserwowałam ludzi, zdarzenia i swoje myśli.

Przy Hali Mirowskiej spotkałam Cyganów, którzy sprzedawali pościel. Świadomie mówię Cyganie, a nie Romowie, tak, jak mówię Murzyn, a nie Afroamerykanin, przynajmniej kiedy mówię do siebie. To są moje określenia z dzieciństwa i nie mają dla mnie negatywnych konotacji. Cyganki to były kobiety w kolorowych spódnicach, które wróżyły i umiały pięknie tańczyć. Mama mi kupiła kiedyś taką długą spódnicę w kwiaty, którą nazywałam cygańską i którą uwielbiałam nosić.

Patrzyłam na jednego z tych Cyganów i zastanawiałam się, co mnie w nim drażni. O co mi chodzi? Że ubrany w dres? Że głośno krzyczy? A ta Cyganka, która chce mi sprzedać pościel? Nie muszę przecież kupować. Tak szłam i myślałam nad swoimi uprzedzeniami. Kiedy byłam dzieckiem trochę się bałam Cyganów, ale mnie przede wszystkim ciekawili. I gdzie ta moja ciekawość? Przykro mi się zrobiło z powodu siebie samej i z powodu tych ludzi, że tacy biedni, pogardzani i jeszcze jakaś głupia Polka się krzywi, bo nie są tacy, jak jej się wydaje, że być powinni. Porozmawiałam ze sobą, wytłumaczyłam sobie parę spraw, zdążyłam się sobą zawstydzić i trochę się ponaprawiać.

Po drodze zaszłam do wegańskiego baru, miałam nie jadać na mieście, ale tam lubię, bo jest wegański, pyszny i cichy (nie puszczają muzyki). Poza tym zawsze jak wchodzę, to już od progu mówią mi dzień dobry. W barze siedziała para z małym pieskiem, dziewczyna karmiła psiaka jakimś smacznie wyglądającym daniem, a on się kulturalnie delektował, usadowiony obok niej na krześle. Szczeknął tylko raz, kiedy jedzenie się skończyło. Przy innym stoliku siedziała mała dziewczynka z dwiema starszymi, które wyglądały jak jej siostry. Dziewczynka memłała w zamyśleniu wegańską potrawę i nagle głośno westchnęła: to mięsko jest przepyszne.

Później poszłam do biblioteki. Chodzenie po bibliotekach zawsze poprawia mi nastrój. W części czytelnianej przy komputerze siedział chłopak i czatował na stronie zboczuszki.pl. Wypożyczyłam książki i gazety i pokrzepiona tym ciężarem udałam się w dalszą drogę.

Warto się czasem powłóczyć bez celu. Się znudzić. Sobie poobserwować. Pozbierać kawałki codzienności. A potem wrócić do domu i popełnić wpis trochę o niczym.

 

6 Responses to “Przednówkowe smęty”

  1. Aube Says:

    Lubię takie dni potocznie bezcelowego spacerowania wynikające z wymęczenia leżakowaniem. Dają więcej energii niż niejedne sportowe zajęcia.
    A zboczuszki.pl rozbawiły mnie niesamowicie. Prawie zajrzałam by sprawdzić o czym się tam rozmawia ;-)

  2. Środa, 5-03-2014 : Kaizenek Says:

    [...] Przednówkowe smęty - Trochę inne rozważania na temat życia. [...]

  3. sowa_nie_sowa Says:

    Akceptacja to najlepsze wyjście.
    I tylko proszę skreślić w tym wpisie to “głupia” przy Polce, skoro się zdążyłaś ponaprawiać w stosunku do Cyganów;)

  4. mini Says:

    Aube – ja zajrzałam na tę stronę, nawet nie prawie. Pierwsze pytanie było M? Oczywiście nie zrozumiałam, chodziło o to, czy jestem mężczyzną. Wytrzymałam tam kilka minut, poczytałam mojemu chłopakowi o co pytają, pośmialiśmy się i tyle. W sumie najzabawniejsza jest chyba nazwa tej strony. Ale, że komuś nie wstyd w bibliotece:) Nic mnie już nie zdziwi.
    Kaizenek – nie wiem czy to koment czy co, ale Twoja strona ciekawa. Na pierwszy rzut okiem, bo dzisiaj, po dwugodzinnym spacerze, mogę tylko rzucać okiem.
    Sowa – trochę się ponaprawiałam, ale głupia niech zostanie. Wszyscy czasami bywamy głupi. A akceptacja swoich negatywnych stanów, to chyba faktycznie najlepsze wyjście. W sumie odkryłam to pisząc wczoraj na blogu:)

  5. Wisia Says:

    O rany, mini, źle z Tobą, skoro odpuściłaś sobie Puszczę Kampinoską :) Ja bym teraz dużo dała za kawałek czasu żeby pójść do lasu (rym prawie zamierzony). A z energią prychmentalnoduchowoosobistą właśnie tak jest: im więcej wydatkujesz, tym więcej dostajesz, pod warunkiem, że wydatkujesz w dobrych celach. Po tym się poznaje dobry cel – oddaje włożoną energię z nawiązką :)
    A z Cyganami rzeczywiście zagwozdka, i chyba wszyscy ją mają do jakiegoś stopnia (nie mówię o różnych kukluksklanach w polskim wydaniu, bo ci mają klarowny świat). Mamy sobie taką egzotyczną mniejszość, która nie chce nas tak samo, jak my jej, ale z jakichś względów mieszka u nas a nie gdzie indziej, choć nie uznaje w zasadzie nic “naszego”. Tak jak my ichniego. W grę wchodzą wieki prania mózgów po obu stronach, i weź tu człowieku kochaj bliźniego. Ostatnio sporo o tym myślę, bo się zaczęło więcej mówić na temat, i nie lubię siebie za to, że nie potrafię wymyślić, jak ja bym się zabrała za likwidowanie tych wzajemnych animozji. A na dyskryminację akurat jestem wyczulona. Nawet nie wiem, od której strony zacząć to rozplątywać we własnej głowie. Zazdroszczę Ci, mini, że się ponaprawiałaś.

  6. mini Says:

    No, nie najlepiej:) Mam bliżej mniejszy las, ale jakoś fajniej się z psem chodziło. Miałam dużo radochy, gdy widziałam ile on ma radochy.
    Ciekawy sposób na odróżnienie złego celu od dobrego, nigdy w ten sposób nie myślałam. Ale faktycznie, jak się traci energię na przykład na plotkowanie, to potem człowiek się czuje wypluty. Przynajmniej ja.
    Z Cyganami nie naprawiłam się do końca. Ale dużo mi się zmieniło, po aferze w Poznaniu, gdzie cygańskie dzieci miały chodzić do szkoły, do osobnych klas (sami Cyganie tak chcieli), w godzinach popołudniowych, żeby nie miały kontaktu z innymi dziećmi (okropność), a i tak nikt ich nie chciał przyjąć. Trudno mówić w tym przypadku, że oni nie chcą nic naszego, np. edukacji. Często nie daje im się szans nawet, żeby się dowiedzieli czego chcą. A nawet jak chcą, to napotykają na mur. Też nie wiem co by można z tym zrobić.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>