Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Szybki slow

Czerwiec 10th, 2014 at 21:31

W sklepie spożywczym napatoczyłam się na zestawy obiadowe z napisem fast slow food na opakowaniu. Brawa dla marketingowców, trzeba wykorzystać popularność idei i wpasować się w epokę. Slow jest popularny, slow jest modny, slow jest podziwiany, tyle że trudny i nudny – nie ma czasu na gotowanie, na celebrowanie posiłku przez osoby osaczane zewsząd bodźcami w codziennym życiu.

Czy ja jestem własną babcią, żeby robić weki? Czy ja mam cierpliwość buddyjskiego mnicha, żeby przeżuwać i delektować się, zamiast łyknąć coś w biegu pomiędzy siłownią i kursem chińskiego? W reklamach ciągle mówią – szkoda czasu na chorowanie, nie mam czasu na ból głowy czy co tam jeszcze, na jedzenie też nie mam czasu. Ale jak ktoś chce być trendy, to i przez slow musi  przebrnąć, jak przez odrę.

A więc się zaprasza znajomych na własnoręcznie przygotowaną kolację, którą się pichci przez kilka godzin, warzywa są z eko bazaru, grzyby z lasu, jaja od chłopa, a mleko od baby. Potem się zasiada uroczyście z tymi znajomymi i opowiada historię każdego produktu. O, a po ten miodek to Patyś aż pod Skierniewice pojechał, małżeństwo ma pasiekę, nie stosują oprysków, nie męczą pszczół i nie dodają cukru do miodu. Czosnek, polski, żadna chińszczyzna, sprzedaje znajomy wieśniak z przyczepy, co poniedziałek róg Marszałkowskiej i jakiejś tam, możemy wam też zamówić, bo to na zamówienie. Chleb pieczony samodzielnie, a masło od szczęśliwych krów spod Grudziądza, znaczy mleko od krów, a masło ubija własnoręcznie, prawie jak te dziewoje na Eurowizji, babcia Zenia. Kefir robimy sami, mamy własne bakterie. No i zielenina z doniczek, bez tego całego syfu, osobiście uprawiamy bazylię, pietruszkę, szczypior. Nie wyobrażam sobie, żeby jeść szczypior z marketu, moje podniebienie się już odzwyczaiło od chemii. Taaa… no i tak sobie żyjemy. Do pracy rowerkiem, po pracy do parku, w niedziele nie robimy nic, trzeba się zrelaksować, przemyśleć kilka spraw, trzeba pożyć, a nie tylko pędzić. Trzeba się zastanowić dokąd się pędzi przez resztę tygodnia.

No, to może włączmy telewizor, bo za chwilę z nudów umrzemy od tej powolności.

Taki cytat pamiętam, ale nie pamiętam skąd: Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie. I ja się czasami tak zachowuję. Pędzę, robię kilka rzeczy jednocześnie, a chciałabym być cierpliwa, powolna, spokojna. Ale…

nie jest to dla mnie  trend i moda

zatem nie kupię fastslowfooda.

Mój manifest. Prawie zrymowany.

Po prostu czuję, że powolność dobrze na mnie działa.

Tak, piekę chleb, tak, uprawiam namiętnie bazylię w doniczce, kupuję polski czosnek i w miarę możliwości ekologiczne warzywa i owoce, które zamieniam na sałatki, chodzę po lesie, się zapuszczam w okoliczne drzewostany i patrzę na wiewióry. I niekiedy się tą powolnością wynudzam albo mam poczucie, że marnuję czas, który można by pożytecznie wykorzystać, upakować zadaniami i obowiązkami, zamiast go mitrężyć.

Za mało bodźców. Nie jestem co prawda z pokolenia urodzonych przed komputerem, które szybciej nauczyło się pisać na klawiaturze niż na papierze,  prędzej z urodzonych przez telewizorem, chociaż jeszcze w czasach, kiedy było niewiele kanałów i człowiek po nich nie skakał jak szalony w nadziei, a może rozpaczy, że gdzieś tam indziej pokazali coś fascynującego, a mnie to omija.

Wyzwoliłam się od telewizora, ale równie pięknie potrafię skakać po stronach w Internecie. Ja wiem, że się mówi surfować, ale u mnie to raczej przypomina małpie przeskoki z gałęzi na gałąź.

A chciałabym mieć w sobie więcej spokoju. Umieć medytować przez dwadzieścia minut bez ścigających się myśli. Słuchać tego, co ludzie do mnie mówią, zamiast im przerywać własną opowieścią. Odpoczywać bez wyrzutów sumienia. Nudzić się bez poczucia winy. Chciałabym poczuć czas, jak przepływa i przez godzinę, dwie, trzy być wyłącznie obserwatorem – tylko słuchać, patrzeć (i widzieć), smakować. Zabrzmi banalnie, ale chciałabym czuć, że żyję. A z takich dni, w których biegam (nawet nie dosłownie, bo mogę przez cały dzień siedzieć) od sprawy do sprawy, od ludzia do ludzia, pozostaje mi wielkie nic. Padam zmęczona i nie pamiętam co robiłam. Coś się wydarzało, ale tego nie dostrzegłam, nie usłyszałam, nie uświadomiłam sobie. Odhaczałam sprawy.

Co się dzieje z życiem człowieka, który ma kilkadziesiąt kanałów w telewizji, jak działa jego mózg? Co się dzieje z moim mózgiem, kiedy pędzę od strony do strony w Internecie? Szybko wychwytujemy informacje, wiemy gdzie i czego szukać, mamy dużą wiedzę, umiemy ją nawet zastosować w praktyce, ale czy potrafimy to przeżuć i przetrawić, czy wydalamy nieprzetrawione, a więc i nic w nas z tej wiedzy nie zostaje?

Kopaliński podobno spisywał hasła do swoich słowników na karteczkach, które przechowywał w pudełku po butach. I to te słowniki są wzorem, a nie masowe i byle jakie wydania nikomu nieznanego twórcy o pospolitym nazwisku Kopiuj Wklej.

To, co powolne, wydaje się cenne.

Wcale nie chcę cofać czasu, bardzo mi się podoba, że są komputery, że jest informatyzacja i różne inne “acje” i “ogie”. Tylko się zastanawiam czy udałoby się korzystać z nowego nie tracąc starego. Mieć ciastko i zjeść ciastko.

Zaczęłam od slow fast food. Ktoś powiedział, że to połączenie tylko pozornie absurdalne. Uważam, że wcale nie pozornie – albo fast food albo slow food. Kontemplowałam to dziwactwo i zastanawiałam się nad moją powolnością, czy też, dziwnie brzmi, ale chyba lepiej oddaje istotę rzeczy, nad moim slow. I pomyślałam, że chociaż mnie on czasem męczy i nudzi, to jednak go bardzo potrzebuję.

10 Responses to “Szybki slow”

  1. Wisia Says:

    Mini, każdy Twój post to perła. Czytam od deski do deski, poprzez wszystkie entery i spacje, i cieszę się, że jest komputer i Internet, bo inaczej bym do Ciebie nie trafiła. A tak żeby było choć trochę w temacie – Twoje pisanie to jeden z cennych przejawów slow w moim życiu, chwila oddechu od kłębowiska myśli i wydarzeń, choć może trochę zbyt fast, bo te Twoje kawałki są dla mnie za krókie :) Chciałabym kiedyś poczytać Twoją książkę.

    Wiem, posłodziłam Ci do mdłości, ale mam taki moment w życiu, że Twoje pisanie jest mi bardzo potrzebne. Przynosi ulgę. Dżizas, kończę już – chyba trochę przeginam :)

  2. Aleksander Says:

    Kolejny wspaniały tekst! :-D
    Powinien trafić do jakiejś ogólnopolskiej gazety, może chociaż część czytelników zaczęłaby żyć bardziej refleksyjnie…

    Chciałbym dodać swoje trzy grosze do rozważań nad konfrontacją “slow życia” z otaczającą nas wszystkich szybkością…
    Ostatnio długo się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że stawianie zadumy i powolności w opozycji do bezrefleksyjnego i natychmiastowego działania jest sztuczne… przynajmniej, jeżeli mówimy o ludzkim życiu. Wydaje mi się, że poszukiwanie balansu pomiędzy tym co szybkie a tym co powolne jest bliżej właściwego poszukiwania sensu życia niż opowiadanie się za jedną ze stron…
    Strasznie patetycznie to zabrzmiało :-p
    Sens tego co chcę przekazać można sprowadzić do analizy codziennych wyborów…
    Kiedy wstaję rano, przygotowuję śniadanie powoli i z pietyzmem godnym największych mistrzów sztuki kulinarnej (nawet jeżeli jem płatki z mlekiem! ;-P ) bo wiem, że właściwy posiłek to fundament całego dnia…
    Natomiast prysznic biorę szybki… zimny i elektryzujący… tak, aby stanowił dodatkowe źródło energii, uzupełniającej tę część moich baterii, której nie jest w stanie napełnić ciepłe, powolne mleko.
    Patrząc z tej perspektywy… poszukiwania równowagi… nawet coś tak absurdalnego jak “slowfood’owy gotowiec” może nabrać sensu w niektórych sytuacjach… np. kiedy inni domownicy są na urlopie, zamiast zamawiać pizzę z dostawą, wybieram fast-slowfood, a czas zaoszczędzony na gotowaniu tylko dla siebie, poświęcam… ot… dajmy na to… na poszukiwanie balansu między refleksją a spontanicznością ;-)

    Serdecznie pozdrawiam.

  3. mini Says:

    Moja Droga Stalkerko, jak Ty miło przeginasz:) Bardzo Ci dziękuję za te słowa. Wcale mnie nie zemdliło, jestem próżna:). Pewnie niektórzy pomyślą: o rany, laska sobie sama te komentarze pisze albo poprosiła kogoś z rodziny…
    Czasami się rozpisuję, w szkicach, ale później część wyrzucam. Podobno to największa sztuka w pisaniu, żeby umieć wyrzucać. Dlatego są dosyć krótkie, te wpisy. Może zacznę pisać coś dłuższego, powoli do tego dojrzewam, może do śmierci dojrzeję.

  4. mini Says:

    Dziękuję pięknie, Aleksandrze. Do gazety to nigdy nie trafi. A bloga o minimalizmie i slow life czytają pewnie w większości osoby, które i tak są do tematu przekonane. Oczywiście, że takie przeciwstawienia są sztuczne. Czasami, a nawet często, pisząc, trochę przesadzam, taki mam styl, ale generalnie nie lubię skrajności w żadnej dziedzinie. Zresztą byłoby to absurdalne – czasami trzeba działać szybko i przecież nie chodzi wcale o to, żeby się zawsze delektować, celebrować, medytować i przeżuwać. I jestem jak najbardziej za równowagą.
    Jednak ten fast slow food, to dla mnie za dużo…

  5. Krzysztof_S Says:

    “Z czego się śmiejecie? z siebie samych się śmiejecie!” (Чему смеетесь? Над собою смеетесь!) Rewizor Mikołaja Gogola

  6. mini Says:

    No proszę. Nie przypuszczałam, że cytuję klasyków i że jestem taka mądra:) Dziękuję za tę informację.

  7. ola Says:

    Mini & Aleksandrze , uwielbiam Wasze teksty:)

  8. mini Says:

    Dziękuję:) Się zrobiło, jak w rodzinie. Chociaż, to chyba jednak nie jest dobre porównanie. Powiedzmy, że jak w grupie dobrych znajomych, może kiedyś przyjaciół. Chyba o to mi chodziło.

  9. Wisia Says:

    Ha, droga Mini, trzymaj te szkice w jakieś szufladzie czy pliku – może kiedyś będą sporo warte, jak szkice Rembrandta czy Leonarda ;)

  10. mini Says:

    Oczywiście. Przechowam w sejfie, w banku szwajcarskim, dla potomności.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>