Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Tematy

Wrzesień 29th, 2014 at 21:49

Najlepsze tematy na bloga przychodzą mi do głowy w drodze do pracy.Zwykle wtedy, kiedy mijam boisko, rankiem pełne psów i ich ludzi. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Od pracy dzieli mnie wówczas kilka  minut powolnego spaceru. I zanim dojdę do budynku, zwykle zapominam o czym chciałam pisać. Chociaż mówię sobie idąc – nie zapomnij, nie zapomnę, na pewno. I czasami nie zapominam. Ale częściej tak. Pamiętam wtedy tylko czy to był ciekawy, naprawdę ciekawy czy średnio ciekawy temat. I zależnie od stopnia “ciekawości” wkurzam się bardziej albo mniej.

Z częstotliwości pisania można wywnioskować, że z moją pamięcią coraz gorzej, co jest możliwe. Nie można jednak odkładać pisania w nieskończoność z braku tematów, tzn. może nawet powinno się, bo skoro człowiek nie ma o czym pisać czy mówić, to powinien zmilczeć. Ale z blogiem to nie działa. Bo wygląda trochę, jakbym go porzuciła. Jest wiele takich blogów, kiedy akurat na nie trafiam to okazuje się, że ostatni wpis jest z zeszłego roku i tak to trwa i trwa, doczytuję coś z archiwum i czekam na ciąg dalszy albo na wyjaśnienia. A wyjaśnień brak. Smutne to trochę.

Gdybym chciała porzucić bloga, napisałabym wyjaśnienie. Skoro nie piszę, to znaczy, że nie porzucam, tylko weny brak. Pomysłów, pamięci, skupienia. Zatem popełnię wpis trochę o niczym i będę tak robić nadal, aż tematy minimalistyczno-powolnościowe do mnie powrócą. Tak to sobie wymyśliłam, żeby zwalczyć niemoc twórczą.

W weekend byliśmy nad morzem, w takiej turystycznej miejscowości, gdzie w sezonie nie można wsadzić igły albo i szpilki, dlatego w sezonie tam nie bywam. Mimo wszystko było tam jeszcze sporo turystów. Spacerowaliśmy nad morzem i po lesie. Wspinaliśmy się na pagórki, dzięki czemu uświadomiłam sobie, jak słabą mam kondycję i że trzeba coś z tym zrobić. Nie dla piękności, ale dla szacunku do siebie. Bo jak ktoś sapie po jednym pagórku, to o szacunek trudno.

Mogę się pochwalić, że nic, poza żywnością i jedną gazetą oraz krzyżówką sobie nie kupiłam. Nie dałam się nabrać na żadne świecidełka i pamiąteczki, chociaż biżuteria z bursztynem mnie kusiła.

To jest w ogóle niezwykłe ile takich bud sobie stoi z mydłem i powidłem i jaką to się cieszy popularnością wśród gawiedzi. Ludzie dostają amoku, bo są na urlopie, a później marudzą, że tyle wydali. Nie mam co prawda dzieci, więc może mi ktoś zarzucić, że nie wiem o czym mówię, ale byłam dzieckiem, wcale nie najgrzeczniejszym i do tego sprytnym (tzn. że potrafiłam wiele od rodziców wyegzekwować), jednak nie przypominam sobie, żeby mi rodzice kupowali wszelkie bazarowe badziewie tylko dlatego, że byliśmy na wczasach. Jakiś jeden kicz na pamiątkę, to owszem, ale żeby stado baloników, maskotek, zabawek i słodycza za słodyczem?

Skoro już o słodyczach mowa, to wtrącę taką dygresję do dygresji – kiedy na studiach dorabiałam w sklepie spożywczym, to obserwowanie tego, co rodzice kupują dzieciom do jedzenia budziło we mnie grozę. Często to były elegancko ubrane mamy czy wytworni tatusiowie, a koszyk wypychali ciastkami i chipsami, wedle życzenia latorośli. Zastanawiałam się czasami czy oni te dzieci kochają, bo ja swojego psa kochałam i dlatego słodyczy nie dostawał, bo wiedziałam, że nie są zdrowe. Tak, przesadzam, w końcu też nierzadko dostawałam coś niezdrowego od babci czy mamy i wiem, że nie z nienawiści to było dane. Jestem może zbyt surowym obserwatorem, ale mimo wszystko przyznam, że mnie to przeraża, podobnie jak rodzice, którzy na niedzielny obiad zabierają swoje pociechy do sieciówek z fastfoodem.

Sama mam, co tu dużo mówić, sporo jedzeniowych grzeszków na sumieniu i czasami żal do rodziców, że kupowali mi lody (nie za często, ale zawsze) i pozwalali na jedzenie chipsów, a mogli nie. Bo jakbym się w dzieciństwie nie przyzwyczaiła, to by mi teraz było łatwiej sobie odmówić. Śmieszne troszeczkę takie żale, bo jestem dorosła, świadoma i sama mogę się zająć swoim slow foodem. Tak, mam tę świadomość. Ale jest w tym też trochę prawdy, że nawyki z dzieciństwa zostają na długo.

Zatem wracając do weekendu nad morzem, to było pięknie, dużo chodziłam, długo się wyspałam (ciągle mam takie złudzenia, że można się wyspać na zapas i dlatego nadrabiam kiedy mogę), zmieniłam otoczenie, oderwałam się od codzienności.

Tak naprawdę niespecjalnie lubię wyjeżdżać. Lubię oczekiwać na wyjazd. I lubię wracać. Wtedy bardziej doceniam to, co mam. Własne łóżko. Otoczenie, które znam. Ludzi, których kojarzę. I po to właśnie wyjeżdżam – żeby docenić.

Chociaż przyznam, że po kilku godzinach w pociągu pomyślałam, że z tego Kanta to był bardzo mądry gość – podobno przez całe życie nie wyściubił nosa z Królewca.

 

 

8 Responses to “Tematy”

  1. sowa_nie_sowa Says:

    Wbrew zamierzeniom wcale nie wyszedł Ci post o niczym, nawet bym powiedziała, że wiele tu treści godnych rozwinięcia:)
    Ja z kolei zawsze się dziwię, że chce się komuś wyskakiwać na weekend, gdy to wyskoczenie wiążę się z kilkugodzinną jazdą w jedną stronę;)

  2. chlopczejasiu Says:

    “Celem podróży nigdy nie jest miejsce, ale nowy sposób patrzenia na otoczenie.” (Henry Miller)

  3. mini Says:

    Sama się sobie dziwię. Wszystko ze względu na morze.

  4. mini Says:

    Prawda to i po to się wyjeżdża. Żeby inaczej spojrzeć na otoczenie. Na codzienność.

  5. Kret Says:

    A propos Twych przemyśleń na temat rodziców kupujących dzieciom chipsy i słodycze – mam tak, że zajadam stresy i dołki, więc czasem w sklepie i w moim koszyku ląduje śmieciowe jedzenie, właśnie chipsy, ciastka, czekolady, cukierki… Wtedy stojąc przy kasie czuję się trochę głupio, zastanawiając się, co pomyśli o mnie kasjerka i ludzie z kolejki. Choć właściwie to nie ich sprawa, to jakoś mi głupio przed nimi. A może przed samą sobą?
    A wyjeżdżać uwielbiam, chociaż faktycznie, oczekiwanie na podróż jest cudowne, takie hmmm… pełne nadziei, wielkich planów itp. A gdy trzeba zacząć się pakować a potem wstać rano w dniu podróży, to mój zapał jakoś tak bardzo słabnie ;)

  6. mini Says:

    I ja tak miewam. I też mi głupio przed ludźmi, chociaż nie powinno mnie to obchodzić. Ale przed sobą pewnie też. A może ci rodzice tak niby dzieciom kupowali, po to, żeby samemu móc podjadać?
    Wstawać rano w dniu podróży nie znoszę, świadomość, że mam urlop, a nie mogę się wyspać jest dobijająca.
    Pozdrawiam

  7. Wisia vel Kocia Szamanka Says:

    Rozumiem Cię z tymi “niedokończonymi” blogami. Mój zakończył się razem z pewnym rozdziałem w życiu, ale nie mogłam zostawić (wszystkich pięciorga) czytelników tak po prostu. I choć blog umarł, wciąż miałam wyrzuty sumienia, jakby to była jakaś istota, którą przestałam karmić. Dlatego go “rozpączkowałam”, żeby to wszystko, co tam weń wpadło, nie poszło na marne.

    Co do nadmorskich miast, rzeczywiście są znośne tylko po sezonie. A właściwie nie tylko znośne: po sezonie robią się magiczne. Październik, listopad – czas sztormów i prawdziwie morskiej pogody. Wtedy biżuterię z bursztynu można sobie samodzielnie uzbierać na plaży :) I mimo czternastu lat mieszkania w jednym z takich miast wciąż mnie to zachwyca do zachłyśnięcia. Bałtyk kazał Ci przekazać, żebyś wpadała częściej :)

  8. mini Says:

    No właśnie, trochę, jak żywa istota ten blog. Się ostatnio lenię z karmieniem.
    A ja głupia szukałam bursztynów, nie wiedząc, że pojawiają się od października. Dzięki za informację:)
    Skoro Bałtyk wzywa, to muszę wpadać częściej.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>