Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Karoshi

Czerwiec 18th, 2015 at 19:52

Śmierć z przepracowania. To dopiero, wierzyć się nie chce, prawda? Przeczytałam o 22 letnim analityku amerykańskiego banku, który pracował po 100 godzin tygodniowo i zmarł. Prawdopodobnie spadł z budynku, być może z przemęczenia, może celowo.

Sto godzin!

Zaraz mi mózg zaczął intensywnie pracować, żeby potwierdzić samemu sobie, że to jest w ogóle możliwe. Mężczyzna pochodził z New Delhi, a za pierwszą pensję kupił całej rodzinie smartphony.

Skarżył się ojcu, że ta praca, to dla niego za dużo, ale czuł się również zobowiązany wobec rodziny, która zainwestowała w jego edukację. Chciał się odwdzięczyć. Kiedy złożył rezygnację i powiedział ojcu, że chce pracować w jego szkole, to z kolei ojciec namawiał go, żeby pozostał w banku, bo bank prestiżowy i zarobki dobre.

Pułapki, w które się wplątujemy i które czynią nas nieszczęśliwymi.

Kompleks człowieka z biednej rodziny czy z biednego kraju.

Poczucie wdzięczności.

Poczucie, że trzeba coś komuś pokazać i coś komuś wynagrodzić.

To dużo bardziej perfidne niż zwykła chęć posiadania.

Muszę ciężko pracować, żeby moim dzieciom niczego nie brakowało. Zwłaszcza, jeśli mi brakowało w dzieciństwie.

Moi rodzice pochodzili z rodzin wielodzietnych i średnio sytuowanych, może chwilami nawet biednych, chociaż nie było w tych rodzinach głodno i chłodno, to na pewno na luksusy nie mogli sobie pozwolić. Dziadek wyjechał do rodziny do Stanów, żeby zarobić, wrócił, pojechała babcia, w tym czasie dziadek z Polsce zmarł, a babcia nie mogła wrócić na pogrzeb. Ciocie były już dorosłe, więc zajmowały się młodszym rodzeństwem. Trochę, jak dzisiaj – rodzice w Irlandii, a dzieci z babcią.

Nie oceniam takich sytuacji, a tym bardziej ludzi. Po prostu życie – mówię sobie. Każdy sobie radzi, jak umie.

W każdym razie moi rodzice postanowili, że będą mieli jedno dziecko, żeby mu niczego nie brakowało. I faktycznie, nie opływaliśmy w dostatki, ale nie mogę narzekać. Miałam dużo. Chociaż tak tego nie odbierałam, ponieważ większość moich koleżanek pochodziła z bogatych rodzin i raczej czułam się biedna – ach te porównania.

Wszystko jest kwestią odniesienia.

Można powiedzieć, że rodzice wybrali minimalistycznie, nie uznali, że będą mieć dużo dzieci i harować na rodzinę, uznali, że będą mieli jedno dziecko, za to będą mu mogli dać więcej materialnie, ale i poświęcić więcej czasu. Nie wiem czy tak naprawdę myśleli, że o ten czas chodzi, za tak zwanej komuny nie było korporacji, w których pracowałoby się po 100 godzin tygodniowo.

Jednym z moich najlepszych wspomnień z dzieciństwa są spacery z Mamą – mimo, że często się kłóciłyśmy, może dlatego, że byłyśmy mocno związane, niemal codziennie chodziłyśmy na długie spacery, podczas których rozmawiałyśmy. A drugie wspomnienie jest takie, że najbardziej brakowało mi rodzeństwa. Zazdrościłam koleżankom ładnych zabawek (u mnie w klasie królowała lalka Fleur, a nie Barbie, ach, jaka ona wtedy wydawała się piękna, w końcu ją dostałam na urodziny), ładnych domów, ale najbardziej zazdrościłam sióstr i braci.

Nie chcę mieć dzieci i nigdy mnie to nie pociągało, ale gdybym już miała, to raczej nie jedno. Bo bycie jedynakiem jest dość smutne. Związek jedynaków z rodzicami jest często zbyt silny, jedynacy czują się odpowiedzialni za rodziców i nie mają się za bardzo z kim tą odpowiedzialnością podzielić.

Nie narzekam.

W pewnym momencie zaczęłam doceniać zalety bycia jedynaczką.

Wiele osób mówi mi, że po mnie tego jedynactwa nie widać, chyba bierze się to z takiego stereotypowego rozumowania, że jedynak to egoista, co się nie musiał dzielić zabawkami. A ja zauważyłam, że rodzice jedynaków, czasem przeczuleni na tym punkcie, wręcz zmuszają swoje dzieci do dzielenia się, żeby nie wyrosły na egoistów. Może i dobrze, ja znowu nie oceniam. Tyle, że zwykle nie chodzi o zabawki, a o uczucia – jedynak ma rodziców tylko dla siebie i tego się nie da zmienić. I trudno kogoś nauczyć, żeby się dzielił uczuciami.

Może zresztą nie ma sensu dzielić ludzi. Mój konkubent jest niemożliwym indywidualistą, mimo że ma rodzeństwo.

Wracając do tego dzieciaka (bo czy to był dorosły facet? 22 lata, ja się wtedy bawiłam na imprezach w akademiku), wracając do Sarvshreshtha Gupty, bohatera wspomnianego artykułu. Niewiele o nim wiem. W Indiach, dzieci często muszą pracować, ciężko, fizycznie, w Polsce oficjalnie nie mogą, ale przecież pomagają rodzicom w polu, albo żebrząc.

Wiem, że jak napiszę, że to jest strasznie smutne, to niczego nie odkryję, ale tak, to jest strasznie smutne.

Niedawno siedziałam z koleżanką z knajpianym ogródku i podeszła dziewczynka, chyba Cyganka (wybaczcie, ale Romka brzmi dla mnie nienaturalnie, a z Cygankami mam miłe skojarzenia i nie będę politycznie poprawna), poprosiła o pieniądze, nie chciałyśmy jej dać, a ona spytała czy może piwo. Oczywiście jej nie dałyśmy, ale to było chyba jeszcze gorsze. Nie wiem, co mam robić w takich chwilach, nie mówię o piwie, ale o pieniądzach, dawać, nie dawać, pytać czy nie potrzebuje pomocy?

Powinnam była spytać?

Powinnam była spytać.

Może cała rodzina złożyła się na wykształcenie Pana Gupty, żeby nie musiał do końca życia lepić cegieł, żeby był pierwszym wykształconym w rodzinie. Skończył prestiżową uczelnię i rozpoczął pracę w prestiżowym banku. To słowo: prestiżowy – może śmieszne, ale jak ważne. Byliśmy nikim, zawsze nas poniżano, a  teraz jeden z nas skończył dobrą szkołę, ma dobrą pracę, jesteśmy z niego dumni, a on jest wobec nas wdzięczny, może nie wywieramy presji, ale on i tak będzie pod presją, rodzice się mną chwalą, nie mogę ich zawieść.

To są dużo bardziej perfidne motywacje, które czynią z człowieka niewolnika. Przecież nie chodziło najbardziej o to, że sobie chłopak chce kupić ładne mieszkanie i dobry samochód. Może w ogóle w posiadaniu najmniej chodzi o zwykłą wygodę czy przyjemność pochodzącą z posiadania rzeczy?

Najczęściej jest to drugie dno.

My, słoiki, przyjechaliśmy z prowincji, całe nasze wsie i miasteczka, całe nasze rodziny patrzą czy nam się udało. A udało oznacza mieszkanie w zamkniętym osiedlu, samochód, którym można wzbudzić zazdrość dawnych sąsiadów (ten Gienek, co się z nas śmiał w szkole, co on teraz sobą reprezentuje?), dzieci w elitarnej szkole, z grafikiem wypełnionym zajęciami od rana do wieczora, niczym prezes korporacji.

My, dzieci z Indii, Polski i innych krajów, także USA (oglądaliście “Do szpiku kości”?), chcemy się wyrwać ze swoich grajdołów, ze swoich ograniczeń, coś udowodnić.

A, że czasem umieramy, pracując po 100 godzin w tygodniu?

 

2 Responses to “Karoshi”

  1. expert Says:

    “pracuj pracuj a garb ci sam wyrośnie” jak mówi staropolskie przysłowie, a jak mawia mój idol Ferdek Kiepski “praca to prymitywny sposób spędzania wolnego czasu” ;)

  2. mini Says:

    O, to ładne:) Muszę sobie powtarzać.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>