Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Opowieści

Luty 10th, 2017 at 15:18

Niedawno miałam spotkanie ze swoją podstawówkową klasą. Spotkanie zorganizowała koleżanka, która mieszka teraz w Belgii, ale często przyjeżdża do naszego rodzinnego miasta. Na około 30 osób, zjawiło się prawie 20.

Przyznam, że przed spotkaniem miałam spory dylemat, czy się w ogóle wybrać. Podstawówka, to jednak zbieranina przypadkowych ludzi, nie wspominałam zresztą tej klasy zbyt serdecznie – pamiętam, że prym wiodły dzieci tzw. prywaciarzy i marynarzy, które mieszkały w dużych domach albo pięknych mieszkaniach i nosiły „zachodnie” ubrania, a wakacje spędzały za granicą. I z tego powodu uważały się za lepsze od dzieci mniej zamożnych rodziców. A my, ci mniej zamożni, myśleliśmy wtedy, nawet, jeśli nie chcieliśmy tego głośno przyznać, że oni mają rację. Są lepsi, bo są bogatsi.

Zatem, jak się zresztą okazało w rozmowach z niektórymi osobami, pozostały w nas, tych, którzy nie stanowili tzw. klasowej elity jakieś żale, może nawet kompleksy.

A jednak spotkanie uważam za udane, przede wszystkim dlatego, że spotkałam się z Karoliną, której nie widziałam od lat (mieszka w Niemczech) i z którą nam się rozmawiało, jakbyśmy się widziały wczoraj. I dlatego, że z moich dawnych żali i kompleksów nic nie zostało, co sobie uświadomiłam na spotkaniu. Mogłam się pochwalić wykształceniem i pracą, a doszłam to tego przede wszystkim dzięki sobie, nie mając tak dobrego startu, jak inni.

Ale to jakoś przestało mieć znaczenie, te wszystkie różnice: ktoś jest niepijącym alkoholikiem, ktoś nie skończył medycyny, chociaż taki był plan, ktoś mieszkał długo za granicą, ale wrócił, ktoś ma chore dziecko, a komuś się dobrze wiedzie i wszystko się udaje.

Po prostu rozmawialiśmy, mam wrażenie, że bez dawnego spinania się i udowadniania.

Jednak nie o tym chciałam pisać, ale o tym, że to spotkanie było początkiem.

Bo pomyślałam, że może i ja coś podobnego zorganizuję, na początek z dawną klasą licealną. Dlaczego nie – wystarczy zarezerwować miejsce w przyjemnej knajpce i zawiadomić ludzi, co w dobie mediów społecznościowych nie jest trudne.

Na spotkanie licealne przyszło niewiele osób, za to rozmowa była niezwykła. Opowiadaliśmy, jak to zwykle bywa, o tym, co robimy, kto ile ma dzieci i ile kotów, Magda opowiedziała o swoim pobycie w Irlandii, jak to nagle poczuła, że po prostu musi wrócić do Polski i w jednej chwili się spakowała i wróciła, Magda jest świetną gawędziarą, mogłaby opowiadać o krojeniu chleba, a człowiek by się zasłuchał, jak w sensacyjny kryminał.

Wspominaliśmy naszą zmarłą koleżankę, wcale nie w tonie smętnym i pogrzebowym, wręcz przeciwnie – Aśka była nieprzeciętną osobą, o trudnym charakterze, wielu wadach i kilku zaletach (przede wszystkim była do bólu szczera i bezpośrednia, co człowieka doprowadzało do szału, klęła lepiej niż niejeden żołnierz, co przy jej dziecinnym głosie i wyglądzie robiło wrażenie), „szły” więc anegdotki z Aśką w roli głównej. Czułam, że gdzieś krąży nad nami i się wścieka: ku… to nie tak było, ja pier… znowu wszystko pochrzaniliście.

Opowiadaliśmy o sobie – historie często smutne, Małgosia o podejrzeniu nowotworu i o biedzie, na którą cierpieli w dzieciństwie, Beata o niedawnej śmierci taty, Gabryśka o tym, jak się na początku trudno było zaadaptować w Londynie, chociaż teraz już czuje, że to jej dom.

A jednak nie było smutno.

Było krzepiąco, wspierająco, miałam wrażenie, jakbym siedziała z grupą bliskich mi osób, a opowieści przynoszą nam ulgę.

I tak mi się pomyślało, że często człowiek nie potrzebuje żadnej terapii tylko zwykłej, ludzkiej rozmowy.

Potrzebuje opowieści.

Takiej własnej, którą może przekazać drugiemu i cudzej, której może wysłuchać.

Niedawno zorganizowałam kolejne spotkanie, ze znajomymi ze studiów. Chciałam, żeby było kameralnie, więc zaprosiłam tylko trzy osoby, z którymi mi się dobrze żyło, zarezerwowałam stolik w knajpce, właściwie był to osobny pokój, bo tak jest ta knajpka skontruowana (powstała w dawnym mieszkaniu, zatem jeśli zamówisz stolik w tym właśnie pomieszczeniu, to możesz się odizolować od innych gości, taki trochę vip room, tyle że darmowy).

I było wspaniale.

I znowu krążyły opowieści, o podróżch do Gruzji, Kanady i Izraela, o udanych i nieudanych egzaminach, o konfliktach w pracy, ale i o dobrych relacjach zawodowych, o tym, że pojedziemy razem do Białowieży, bo ktoś ma tam dom, a ktoś stamtąd pochodzi, o innych osobach z roku, co robią i kogo warto zaprosić na następne spotkanie. Bo mają być następne, chcemy sobie zrobić taki rytuał, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Jako dziecko jeździłam do babci na wieś i moja babcia miała zawsze w zanadrzu mnóstwo opowieści, nie plotek „a ta nasza, a z tym waszym”, tylko właśnie opowieści.

Się dużo rozmawiało, chciało się wiedzieć, co u drugiego, jak mu się powiodło, co mu się nie udało. Nie z czystej ciekawości, nie dla satysfakcji, że komuś się powinęła noga – jestem pewna, że nie, bo znałam moją babcię – do czegoś te historie były potrzebne.

Zbierało się je w pamięci i przekazywało innym.

Może to wynikało z poczucia, że stanowimy wspólnotę, że nie jesteśmy osobni?

W każdym razie czuję, że to snucie opowieści ma wartość.

I właściwie nie muszę wiedzieć dlaczego.

2 Responses to “Opowieści”

  1. ola Says:

    Ja ostatnio poczulam cos bardzo podobnego tydzien temu przebywajac z jedna osoba , dzielac sie historiami . Jakas czesc w nas potrzebuje tego .

  2. Amatorka Cooltury Says:

    Hmm.. próbowałam zorganizować spotkanie licealne- z miernym, z różnych powodów, skutkiem. Było i za mało mobilizacji i ostatecznie chyba zbyt dużo różnic.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>