Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Less equals more

Październik 31st, 2017 at 22:54

Na jednej z pierwszych lekcji z moją nową Panią od angielskiego przerobiłyśmy wystąpienie z ted.com o minimalizmie oraz przeprowadziłyśmy dyskusję “na temat”.

Skąd ona wiedziała?

Powiedziałyśmy sobie, bo chyba jesteśmy w tej kwestii zgodne, że wielu ludzi ma więcej niż potrzebuje, a zaspokajaniem potrzeb materialnych próbują wypełnić pustkę albo osiągnąć szczęście. Tyle, że szczęście wywołane posiadaniem nowej zabawki jest krótkotrwałe. O ile w ogóle jest szczęściem.

Że te potrzeby są zwykle sztucznie wytworzone, są luksusem, a nie faktyczną potrzebą – zwykle zaczyna się od surfowania po Internecie, po zakupowych stronach, kiedy wcale nie potrzebujemy czegoś konkretnego, ale odczuwamy brak albo się zwyczajnie nudzimy, zatem dawaj na allegro czy innego ebaya, a tam się zawsze coś znajdzie, co się wyda nagle absolutnie niezbędne.

Nawiasem mówiąc są dwa sklepy stacjonarne, do których wolę nie wchodzić, bo działają na mnie, jak allegro na innych, a są to Pepco i Tiger. Sklepy z tanimi pierdołami, o których by człowiek nigdy nie pomyślał, że są mu potrzebne, dopóki mu się nie nawiną na oczy.

Że ciężko jest zmienić przyzwyczajenia i pozbyć się przedmiotów – ja na przykład mam problem, żeby się rozstać z czasopismami, zawsze mi się wydaje, że coś w nich pominęłam, że w którymś z nich znajduje się bardzo ważna informacja, która odmieni moje życie.

To ma nawet swoją nazwę – fear of missing out, w skrócie FOMO.

O książkach nawet nie mówię, bo książek się nie wyrzuca, tak dotychczas uważałam, należy je oddać do biblioteki, domu dziecka, zakładu karnego, sprzedać przez Internet. Jest to jednak myślenie dosyć naiwne, a może w pewnym zakresie naiwne, bo są, nie oszukujmy się, książki, których nikt nie potrzebuje. Nawet antykwariaty organizują cmentarzyska książek, żeby się pozbyć takich publikacji.

Dlatego ostatnio, z bólem serca, ale i z pewną dumą, wyrzuciłam stare kodeksy – co komu po nich, tylko wprowadzają zamęt. Byłoby nieelegancko, gdybym je oddała do biblioteki, a korzystający z nich, niezorientowani w prawie czytelnicy, powoływali się na nieobowiązujące przepisy.

Mówiłyśmy o tym, że lepiej jest zbierać przeżycia, wrażenia i doświadczenia niż gromadzić rzeczy – tutaj pochwalić się mogłam moim niedawnym pomysłem, żeby na każde urodziny, imieniny, czy inne podobne okazje konkubent kupował mi wyłącznie bilety do teatru (ja wybieram sztukę, on płaci) – myślę, że oboje jesteśmy z takiego rozwiązania zadowoleni; on się nie musi zastanawiać, co mi kupić, ja mogę spędzać czas tak, jak lubię.

I o tym, że Polacy nie są jeszcze, w większości, gotowi na minimalizm, bo po latach komunistycznej posuchy chcą się nacieszyć dobrobytem. Jeszcze nie jesteśmy wystarczająco znudzeni posiadaniem, a minimalizm uważany jest za dziwactwo.

Niby to wszystko mało odkrywcze, nic wielkiego i każdy, kto się interesuje minimalizmem ma świadomość tego wszystkiego o czym napisałam.

Z drugiej jednak strony – jak przyjemnie jest porozmawiać o tym z osobą, którą się zaledwie poznało i uświadomić sobie, że podziela ona nasz punkt widzenia.

https://www.ted.com/talks/graham_hill_less_stuff_more_happiness

 

 

 

One Response to “Less equals more”

  1. sowa_nie_sowa Says:

    Bilety jako prezent – bardzo fajny pomysł!
    Ja namiętnie gromadzę zakładki w komputerze.
    Szafy czyszczę mniej więcej na bieżąco, a z komputerem mam problem, mam wrażenie, że bez tych zakładek i wiadomości w nich zawartych (których przecież nie czytam, bo nie jest możliwe przez to wszystko przebrnąć) nic nie wiem;)
    Ja też:) Ale to przynajmniej nie zajmuje tyle miejsca.

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>