Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Jak przeżyć, kiedy zaginie ci bagaż…

Luty 11th, 2018 at 23:51

Ten rok dobrze się zaczął. Koleżanka spytała, czy nie poleciałabym z nią do Izraela, bilet w obie strony niecałe 200 zł (Lublin-Tel-Aviv), myślę: bierz Mini, co ci życie przynosi, takie sobie zrób postanowienie noworoczne, że się nie będziesz nad wszystkim zbyt mocno zastanawiać, międlić w głowie, przemyśliwać za i przeciw (wiesz dobrze, że jak zaczniesz przemyśliwać, to wynajdziesz mnóstwo problemów, które nigdy się nie pojawią), trafia się okazja, to ją łap.

No i złapałam.

Wysłałam tylko smsa do konkubenta z zapytaniem, czy będzie mu przykro, gdy wyjadę na wycieczkę bez niego, za to z koleżanką, na co on odpisał – jedź, dobrze ci to zrobi, co mnie nawet trochę zaniepokoiło, bo co to ma niby oznaczać, że ze mną niedobrze, że jakaś rozstrojona jestem? Ale nic to, taki mężczyzna to skarb, nie ma co narzekać.

Bardzo byłam podekscytowana tym wyjazdem z uwagi na to, że kultura Żydów i ich historia mnie ciekawi, a także dlatego, że mi się to wydało bardzo egzotyczne. Wyobrażałam sobie, że będzie tam ciepło, podczas, gdy u nas śniegi, wiedziałam, że nie upał, to nie ta pora, ale zawsze cieplej, ortodoksi, żołnierze i żołnierki, hummus, falafel, egzotyczne owoce, takie stereotypy, które każdy głupkowaty turysta ma w głowie. Dotychczas najbardziej egzotycznym krajem, który odwiedziłam było Maroko. Była to wycieczka objazdowa, taki pakiet pod nazwą Cesarskie miasta, czy jakoś tak, pojechaliśmy z konkubentem, jak dla mnie, to bez szału. Fajnie brzmi, kiedy się słyszy Marrakesz i Casablanca, a na miejscu okazuje się, że brudno, zaniedbanie, ludzie biedni, a turysta którego stać na odrobinę refleksji czuje się trochę jak pajac. Pamiętam taki mały sklepik w małym miasteczku, w którym akurat nocowaliśmy, taki kiosk z mydłem i powidłem, niby wszystko tam było, ale w gruncie rzeczy niewiele było, jakiś staruszek go prowadził, wychylał się przez małe okienko, a w tle widać było ten jego lichy towar, kupiłam dużo czegokolwiek i czułam się, jak prawdziwa kretynka, chociaż tak, wiem, to nie moja wina, że on jest jeszcze biedniejszy ode mnie, może nawet dużo biedniejszy. Najbardziej z całego wyjazdu do Maroka podobały mi się kozy na drzewach, w końcu zrozumiałam polskie powiedzonko.

Ale wracając do Izraela. W Tel-Avivie wylądowałyśmy późnym wieczorem, stanęłyśmy przy taśmie bagażowej, czy jak to się tam zwie i hehe, nie ma mojej walizki. Mojej różowej walizki, którą kupiłam kilka dni wcześniej specjalnie na ten wyjazd i specjalnie w takim, za przeproszeniem, oczojebnym kolorze, żeby ją widzieć z daleka i nie łapać cudzego bagażu. Za to na tej samej taśmie jeździła sobie inna różowa walizka, według mnie tylko trochę podobna do mojej, ale ktoś najwyraźniej uważał inaczej. Tak, tak, jakaś daltonistka zabrała moją zamiast swojej, co się później potwierdziło, a co ja już wiedziałam patrząc na tę smętną malinę (moja była w kolorze fuksji , kto nie odróżnia maliny od fuksji?!!!).

I tak, z przymusu, zostałam na kilka dni prawdziwą minimalistką. Nie miałam zapasowych ubrań, więc codziennie prałam te, które mi zostały, nie miałam piżamy, więc spałam bez piżamy, nie miałam szamponu i odżywki do włosów, ale to akurat zapewnił hotel, chociaż nie takie, jak ja bym sobie życzyła (moje włosy są znacznie bardziej wymagające ode mnie), nie miałam okularów, więc po zdjęciu soczewek (które umieściłam w kapslu po napoju, bo pojemnik na soczewki zaginął wraz z walizką), żyłam trochę jak kret. Nazajutrz kupiłam dezodorant, szczoteczkę do zębów (pastę dzieliła ze mną koleżanka), płyn do soczewek i jedną podkoszulkę. Może kupiłabym więcej, ale Izrael jest drogi. Poza tym cały czas miałam nadzieję, że właśnie tego dnia odwiozą mi moją walizkę – odwieźli ostatniego dnia pobytu. Szczęście w tym wszystkim, że ze sobą miałam portfel, dokumenty, telefon i tablet, można powiedzieć, że byłam bogata.

I można też powiedzieć, że sprawdziłam troszeczkę, jak funkcjonuję bez rzeczy. Albo z minimalną liczbą rzeczy. Bo nie miałam prawie nic. I sama nie wiem, czy się sprawdziłam, czy nie. Poradziłam sobie, owszem, nie miałam zresztą wyjścia. Z drugiej jednak strony ta sytuacja wyprowadziła mnie mocno z równowagi. Pierwszego wieczoru chciało mi się płakać. Pierwszy raz zdarzyło mi się coś podobnego. Dlaczego akurat na końcu świata, a nie w Europie, gdzie jakoś czuję się bardziej w domu? Dlaczego nie jestem akurat z M. (konkubentem), z którym czułabym się dużo bezpieczniej? Miałam ochotę walnąć się do łóżka w tym naszym hotelu i nie wstawać przez cały pobyt. Już mi się ten Izrael nie podobał, chociaż to nie była jego wina, ale pod tym względem jestem, jak dziecko, zero logiki. I kiedy po tej całej historii z walizką i zgłoszeniu sprawy w dziale lost and found na lotnisku dobrnęłyśmy do stacji kolejki, która miała nas dowieźć do hotelu zobaczyłam na torach trzy małe kotki, takie maleńkie, niedawno wyklute, chodziły po tych torach, na które za kilka minut miał wjechać nasz pociąg i miauczały. I nikt nie reagował. Jakby to było normalne, że małe kotki chodzą po torach. Zaczepiłam jedyną osobę, która wyglądała na personel dworca, kobietę, która sprzątała i była to jedyna osoba z tych, które spotkałam w Izraelu, która nie mówiła po angielsku. Bo tam wszyscy, od dzieciaka do staruszka, mówili po angielsku, swobodnie, jakby się z tym urodzili, a ta nie. I coś mi tłumaczy i się śmieje, nie wiem z czego. No i ja już wiedziałam, że jednak nie lubię tego kraju. Że im tego nie wybaczę. Chciało mi się płakać, czułam się bezsilna, bezradna, bo co miałam zrobić, rzucić się na tory? Może trzeba było. Kotki na szczęście zniknęły przed przyjazdem pociągu, pocieszam się, że gdzieś tam w ukryciu czekała na nie mama, ale nie wybaczam. To było podłe. Czego by nie mówić o Polsce, to myślę, że gdyby po torach na dworcu chodziły małe kotki, to personel by się nimi zajął, zabrał do schroniska. Chciałam do Europy, do Polski, do Warszawy. Po co mi ta zagranica? I to jeszcze ta dalsza? Samoloty zasyfiają powietrze, a na miejscu jest zawsze gorzej niż sobie wyobrażam i ogólnie “szału nie ma”. Niedawno czytałam wywiad z facetem, który pochodzi z rodziny aktorskiej (syn Krzysztofa Janczara, wnuk Tadeusza), powiedział, że nigdy nie był za granicą. Trochę mnie to zszokowało, ale w sumie czym tu się szokować. Nie czuje potrzeby, to nie jeździ. Ja to już sama nie wiem, czy mam potrzebę, czy jeżdżę, bo inni jeżdżą więc głupio nie jeździć, czy jeżdżę, bo jak wracam to bardziej doceniam co mam? Może wszystko po trochu, a najbardziej to trzecie.

Podsumowując – w Izraelu wiało i padało, Ściana Płaczu to tylko kawał muru, ortodoksyjnych Żydów widziałam więcej w Lublinie na lotnisku niż w Tel-Avivie, raz zjadłam pysznego falafela i był to najtańszy falafel z obskurnej budki, a poza tym to drogo i smak jak w Polsce, humus umiem zrobić podobny, tylko soki na bazarze Carmel w Tel-Avivie były pyszne i tanie – baza to sok z granatu, a do tego dodajesz, co wybierzesz (ja truskawki i kiwi) – cudowny smak i wielki kubas kosztuje 5 szekli (mniej więcej 5 zł).

Ja wiem, że mało widziałam, że mnie ta walizka wyprowadziła z równowagi, a kotki przelały czarę goryczy, że nic jeszcze nie wiem o Izraelu, a już mi się nie chce tam wracać.

Może jestem zblazowana i nic mnie nie cieszy (o to siebie podejrzewam, o anhedonię), może nie sprawdziłam się do końca jako minimalistka, bo zamiast podejść z dystansem do zagubionej walizki czułam się z tym źle (ktoś ogląda moje rzeczy, ktoś mi ich nie oddaje – o to mi głównie chodziło, nie o sam ich brak), ale trochę więcej wiem o sobie. Dla prawdziwych survivalowców to żadna skrajna sytuacja, dla mnie tak. A zatem taka jestem w trudnej, no dobra, nie skrajnej, sytuacji. A zatem tak mnie potrafi wyprowadzić z równowagi brak walizki w kolorze fuksji?

Podróże kształcą, tak mówią, trochę już wiem dlaczego.

 

 

 

 

 

 

 

3 Responses to “Jak przeżyć, kiedy zaginie ci bagaż…”

  1. sowa_nie_sowa Says:

    Wielokrotnie już stwierdziłam, że mamy bardzo, bardzo podobne spojrzenie na życie, świat i co tam jeszcze. Tylko ja tak fajnie bym tego nie opisała. Dobrze, że Ty to robisz!:)
    Nie miałam w planach Izraela, ale po tym Twoim poście nie mam jeszcze bardziej;)
    Ja to w sumie nie miałam, się przytrafiło i pomyślałam, że to takie niesamowite. I że pojadę. A jakoś się spsuło. Sama nie wiem co o tym myśleć.

  2. burzochron Says:

    bardzo lubię Twoje wpisy, piszesz tak normalnie, prawdziwie. W podróżach i rozmaitych przygodach faktycznie najwięcej uczymy się o sobie, a nie o miejscu, do którego się przytachaliśmy, tak ostatnio często sama myślę. Od dawna nie byłam w żadnej podróży, i trochę zazdroszczę wyjazdów, bo chociaż takie sytuacje, jak kotki pod pociągiem odrzucają, to jednak wyjechać gdzieś, jest takie odświeżające. Mam wielką nadzieję, że odzyskasz swoja walizkę. Pozdrawiam
    Walizkę odzyskałam, stoi jak wyrzut sumienia w pokoju, w tym różowym kolorze, ponoć fuksja. Ja też od dawna nie byłam w podróży, zatem skoro coś wpadło, to mówię: skorzystam. No, nie żałuję, bo się czegoś dowiedziałam, było to odświeżające, tak też na to patrzę.

  3. Tofalaria Says:

    O, jakie ciekawe doświadczenie! Dzięki, że się podzieliłaś. Mi się zdarzyło wyjechać (świadomie) na kilka dni do innego miasta tylko z torebką (gdzie miałam zmianę bielizny, szczoteczkę do zębów i koszulkę do spania). To było bardzo odświeżające doświadczenie, ale jednak zaplanowane – a więc nie było elementu “szoku”.
    Zaplanowane, ale odważne. Nie wiem, czy ja bym się odważyła. A z drugiej strony, jak się człowiek lekko musi czuć, kiedy może sobie pozwolić na wyjazd bez tego całego bagażu…

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>