Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Dron, durian i pyton tygrysi

Lipiec 15th, 2018 at 18:34

Trzynastego w piątek wszyscy w robocie się krygowali, że niby nie są przesądni. Ktoś rzucił, niby żartem: no, nic dziwnego, że taka sytuacja, w końcu piątek trzynastego, ktoś odpowiadał: no nie żartuj, że jesteś przesądny, ktoś inny błysnął: nieważne, że trzynastego, ważne, że piątek.

Kolega stał w sekretariacie i śmiał się do dokumentów. Z czego się śmiejesz – zapytałam podekscytowana, bo jestem z tych, co uwielbiają żart sytuacyjny i nie przepuszczą okazji, żeby sobie pokpić z absurdalnego życia biurwów.

Pokazuje mi pismo, a tam jedno zdanie: uprzejmie informuję, że departament taki to a taki nie widzi potrzeby zastosowania dronów.

Przy czym zajmujemy się różnymi sprawami, ale jakby drony do nich nie należą.

Bardzoż nas to rozbawiło, taki biurwowo-piątkowy zawrót głowy, tudzież głupawka.

Nadmienię może, co akurat z minimalizmem ma nieco wspólnego, że jedynym pechowym zdarzeniem tego dnia było wylanie się wody z butelki, którą noszę w torbie (żeby nie kupować codziennie mineralnej i nie zaśmiecać środowiska) na najnowszy numer “Polityki”. Od jakiegoś czasu większość gazet kupuję i czytam online, bo nie chcę zagracać mieszkania, a tu mi się coś poprzestawiało w planach, to mam za swoje. Zatem – kupować prasę wirtualnie i dobrze zamykać butelki.

A kontynuując temat gazet, to w mojej pracy dużo się ich kupuje, a poza mną niemal nikt ich nie czyta. Może nie powinnam się przyznawać, bo wygląda na to, że tylko ja mam czas, a przyznać się w dzisiejszych czasach, że ma się czas, to jakieś nieprzyzwoite się stało, spróbujcie powiedzieć znajomym, czy współpracownikom, że spędziliście weekend na nic nierobieniu, przespaliście pół soboty, niczego się nie uczyliście, nigdzie nie pojechaliście, z nikim się nie spotkaliście, nawet mieszkania nie posprzątaliście, ot, takie bezproduktywne dolce far niente, jak mawia inżynier Gajny (kto oglądał Czterdziestolatka, ten wie, aż mi się zachciało obejrzeć Madzię Karwowską).

Żadnej wystawy, filmu, spektaklu, kawy z przyjaciółmi, jogi, basenu, siłowni, pikniku w miejskim parku, domowej produkcji przetworów z własnej działki,  niczego, co by można było w poniedziałek obgadać w pracy, czym poczęstować kolegów, z czego pstryknąć fotkę i wrzucić do sieci.

No i co?

Głupio?

Mam takie dni, oczywiście i głupio mi, oczywiście, chociaż chciałabym, żeby mi nieoczywiście głupio nie było. Staram się być produktywna, piszę plany dnia, uczę się języków, ćwiczę, doskonalę swój intelekt i swoją duchowość, zwiedzam, odwiedzam, focę, uczestniczę.

Jak tak teraz o tym napisałam, to uświadomiłam sobie, wcześniej też miałam tę świadomość, ale była głębiej pod skórą, że to uczestniczenie, bycie i produktywność czasami pozostawiają we mnie większą pustkę, niż taki jakby niezagospodarowany dzień, w którym się snuję po mieszkaniu, przytulam koty, coś tam podjem, coś tam przez chwilę poczytam, mocno pośpię, niby nic, a czasem więcej niż niby coś, o ile wiecie, co chcę powiedzieć.

Dygresja.

Wracając do gazet – wzięłam sobie z roboty Plus Minus, takie wydanie weekendowe Rzepy, nie lubię go za bardzo, ale zobaczyłam, że jest artykuł o durianie, który mnie ciekawi. Jeśli ktoś nie wie, to durian jest owocem z Azji, mówi się, że najbardziej śmierdzącym na świecie, w niektórych krajach nie wolno z nim wsiadać do taksówki, ani nie wolno go, chyba nigdzie, w wersji nieususzonej, przewozić na pokładzie samolotu, zatem nie wiem, czy kiedyś go spróbuję, ale jeśli śmierdzi jak stare skarpety, to nie wiem, czy jest mi z tego powodu przykro. No i tam było, że teraz durian zrobił się popularny w Chinach, a wiadomo, jak coś jest popularne w Chinach, to będzie z tego wielka kasa.

Dla mnie, jak coś śmierdzi naprawdę mocno, to raczej nie jest smaczne, bo zmysł węchu i smaku są ze sobą, tak mi się jednak wydaje, dosyć ściśle powiązane. Jeśli coś jest pyszne, ale wygląda obrzydliwie – dam radę, zamknę oczy. Ale żebym miała zatykać nos przy jedzeniu? Trochę to dla mnie trąci snobizmem.

I tak się zastanawiam, ileż to my, ludzie, możemy znieść, żeby zaimponować innym?

Chyba dużo.

Na przykład hodować na Mazowszu pytona tygrysiego, bo to przecież większy szpan, niż wziąć psa albo kota ze schroniska.

A jak urośnie za duży, kto by się tego spodziewał, to się go wypuści nad Wisłą i niech sobie radzi.

 

 

2 Responses to “Dron, durian i pyton tygrysi”

  1. Amatorka Cooltury Says:

    Genialny akapit o nicnierobieniu w weekend! ;))

  2. Basia Says:

    Ja tam sobie prywatnie uważam. że jak się człowiek nie posnuje, to potem siebie i innych truje. Mamy na codzień tyle bodźców, że kiedyś musi być detoks, snucie się w pidżamie, patrzenie tępym wzrokiem w pustkę i dospanie wreszcie. Dla higieny umysłu. A śmierdzące to lubię sery-niektóre- do niektórych win, przy czym nie znam się ani na jednym, ani na drugim. Za to wiem, co mi smakuje :)

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>