Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Nic dwa razy?

Listopad 15th, 2018 at 21:24

Spotkałam dzisiaj w pracy znajomego, którego nie widziałam co najmniej rok.

Kiedyś był moim szefem, nadal pracujemy w tej samej instytucji, chociaż w innych miejscach. Lubiłam go, zresztą mam taką, może trochę dziwną cechę, że zwykle lubię moich przełożonych. Nie staram się im tego za bardzo okazywać, co chyba świadczy o słabości charakteru, ale nie chcę uchodzić, przede wszystkim we własnych oczach, na wazeliniarę.

Sytuacja jest więc trochę absurdalna, bo nie okazuję sympatii osobom, które lubię, dopóki są „ważne”, trzymam dystans i jestem chłodno uprzejma.

Za to często jestem bardzo miła dla osób, które stoją “nisko” w tzw. hierarchii, to chyba jakaś forma dyskryminacji, dość wyrafinowana, ale jednak.

Chciałabym ludzi traktować jednakowo, a raczej – nie według tego, jakie stanowisko zajmują, ale jakimi są ludźmi, to znaczy jakimi ludźmi mi się wydają. A jako że nie mam monopolu na prawdę i uważam, że nie powinnam oceniać, bo nikt z nas nie ma pełnego obrazu sytuacji, więc może właśnie wszystkich jednakowo.

W sensie – bez uprzedzeń.

Bo przecież bycie szczególnie uprzejmym wobec osoby, która sprząta, a dystans wobec prezeski, to nic innego, jak dyskryminacja.

Jakby człowiek w szczególny sposób traktował czarnoskórego, tylko dlatego, że jest czarnoskóry.

Niedawno przechodziłam obok przystanku, na którym palił papierosa mężczyzna, z wyglądu Hindus albo Arab.

Nie znoszę kiedy ktoś pali, gdyby to był Polak pewnie tak samo nie miałabym odwagi głośno zaprotestować, przyłapałam się jednak na tym, że w tej sytuacji mam jej jeszcze mniej. Już słyszałam w głowie, jak się mnie posądza o dyskryminowanie imigrantów i jak się muszę z tego tłumaczyć.

Trudno zatem bardzo, jeśli człowiek wychowuje się wśród ludzi, czyta gazety, śledzi wiadomości, orientuje się „w świecie”, być zupełnie bezstronnym.

Dzieci, jeszcze nie zepsute przez rodziców, mogą być bezstronne.

Kiedy byłam mała i zobaczyłam Murzyna (znowu taka myśl, że to niewłaściwe określenie, chociaż dla mnie zupełnie neutralne) zaczynałam płakać, bo wszyscy wokół mnie byli biali. Być może jakieś dziecko w afrykańskiej wiosce rozpłakałoby się na mój widok, może poczułabym się głupio, ale przecież to nie rasizm, ani żadna dyskryminacja, tylko normalna reakcja. W przedszkolu przez chwilę „mieliśmy” Szwedkę, do dziś pamiętam jej imię i nazwisko, śledziłam ją kiedy przychodził po nią tata i rozmawiali ze sobą po szwedzku. W podstawówce przyszła do nas Turczynka, wszystkie dzieciaki chciały ją poznać i się z nią zakolegować, chyba jej nawet współczułam, bo nie miała chwili spokoju. W nie-stolicy, w czasach komuny to była rzadkość, egzotyka – Szwedka, Turczynka, wszystko jedno.

Zatem dzieci, dopóki nie dowiedzą się od rodziców, z mediów, od znajomych, że ten jest lepszy, a ten gorszy, w ogóle nie mają takich dylematów.

I taka chciałabym być, chociaż to chyba niemożliwe.

To jest trochę tak, jakby patrzeć na świat bez uprzedzeń, nastawienia, bezpośrednio, widzieć to, co jest, a nie to, o czym się „wie”, że tym jest. Patrzeć na drzewo nie myśląc „drzewo”, za każdym razem, jak na coś, co się widzi po raz pierwszy.

Bo przecież, w gruncie rzeczy, z każdą chwilą, widzimy wszystko po raz pierwszy. Ale wcale tego nie dostrzegamy. Jest wschód słońca, jak dziesiątki innych wschodów słońca, które widzieliśmy, jest kot, którego widzimy codziennie od kilku lat, jest partnerka, mąż, sąsiad – ci sami, przecież wiem, co powiedzą, jak się zachowają, co zrobią, co też ciekawego miałoby wyniknąć z tego, entego już, spotkania?

Wszystko jest ente, powtórzone, zużyte.

Tak często myślę.

Jestem znudzona, znużona, zblazowana.

A z drugiej strony chyba wiem, że takie nie jest.

Moje (moje?) koty wiedzą to lepiej ode mnie, tak mi się wydaje, one chyba inaczej odbierają czas i zdarzenia.

Mogłyby mnie wiele nauczyć, ale mam wokół mózgu skorupę, która powoduje, że nie widzę „spraw jakim są”, ale pośrednio, przez tę skorupę właśnie. Staram się, żeby tak nie było, ale to bardzo trudne. Może boję się, że byłabym tak odkryta, że by mnie ta rzeczywistość poraniła?

Wracając do znajomego – wpadliśmy na siebie po jakoś roku niewidzenia się, zamieniliśmy kilka zdań, dopóki nie przyjechała jego winda.

I tak mnie naszło, że wcale ze sobą nie rozmawiamy, nie spotykamy się, wpadamy tylko na siebie.

Może widziałam go ostatni raz?

Może on mnie?

Może w ogóle powinniśmy tak na siebie patrzeć?

Jak ludzie, którzy spotykają się po raz ostatni?

I po raz pierwszy?

Ale przecież nikt tak nie robi.

Zawsze w końcu przyjeżdża jakaś winda.

One Response to “Nic dwa razy?”

  1. fade Says:

    Bardzo się cieszę, że jesteś. Że piszesz.

    Dziękuję:)

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>