Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Walka czasu z przestrzenią

Luty 28th, 2020 at 16:15

albo medytacja w kolejce. Myślę, że pół okolicy zdecydowało się wziąć dzisiaj urlop i przeznaczyć go na zrobienie zakupów w Lidlu. Wnoszę z długości kolejek. Ja również wzięłam urlop i pomyślałam, że wyskoczę na chwilę do sklepu, w piątek o trzynastej będą pustki, więc “zaoszczędzę” czas, chciałam kupić sodę i ocet, bo zaplanowałam porządki (polecam do czyszczenia wszystkiego – wlać ocet do zlewu, umywalki, wanny, sedesu, wsypać sodę, poczekać, poszorować – zabija wszelkie nieprzyjemne zapachy i nie jest toksyczne), przy okazji kapustę i kiełki, bo zabrakło i szybko wrócę do domu. Tymczasem w Lidlu rozgrywały się sceny piekielne, prawdziwa, cytując mistrza, hatakumba. Wiem, to nie jest właściwe słowo w tym przypadku (pomijając jego zniekształcenie), ale bardzo mi się podoba i oddaje nastrój grozy i chaosu. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie zapowiedziano klęski żywiołowej, wojny albo innej plagi, ale zapoznałam się rano z wiadomościami i nic na ten temat nie wspominali. Może gawiedź, z lęku przed koronawirusem, postanowiła przygotować zapasy i pozamykać się w domach?

Dygresja.

Jeśli już jestem “przy temacie”, jakoś, mówiąc szczerze, nie rozumiem paniki, która wybuchła, może to nawet dobrze, z punktu widzenia ekologii, że Chińczycy na chwilę zwolnili, pozwoliłam sobie nawet skomentować pod jakimś artykułem, że dużo więcej ludzi umiera corocznie z powodu grypy i jakoś nikt nie rozdmuchuje sprawy, że nie wspomnę o wypadkach samochodowych, czy nowotworach, na co ktoś mi odpowiedział, że nie szanuję życia. Nie pierwszy raz przekonałam się, że ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem, zwłaszcza, jeśli kierują się silnymi emocjami, mnie się też zresztą zdarza, że wzburzona odpowiadam, zanim uważnie przeczytam i wychodzę na głupka.

Dygresja od dygresji.

Nawiasem mówiąc jestem za używaniem żeńskich końcówek i nie uważam, że są śmieszne, mogą się takie wydawać, bo rzadko ich używamy, ale to kwestia przyzwyczajenia, a żeby się przyzwyczaić, trzeba ich używać. Uważam, że to ma znaczenie, mimo że wiele osób uznaje to za błahostkę – otóż nie, jeśli mówimy naukowiec, polityk, minister, zamiast naukowczyni, polityczka, ministra, to utrwalamy powszechny wciąż stereotyp, że zawody te wykonują tylko mężczyźni. Podobnie rzecz ma się z podręcznikami, czy reklamą – to nie jest walka o pietruszkę, że sprzeciwiam się czytankom, w których mama gotuje i sprząta, a tatuś czyta w tym czasie gazetę albo reklamom, w których pani domu gotuje obiad z pomocą córki, a pan domu w tym czasie biega z synem po boisku. To wcale nie jest bez znaczenia. A dygresja stąd, że głupek, jak sobie właśnie uświadomiłam, nie ma żeńskiego odpowiednika. Warto by jakiegoś poszukać, może po prostu “głupka”? Jestem za równouprawnieniem w obu kierunkach i nie mówię tego żartobliwie, zauważam również dyskryminację mężczyzn i tak samo mi się ona nie podoba.

Wracając do kolejki. Wrzuciłam do koszyka wszystko, co zaplanowałam kupić oraz kilka rzeczy, których nie planowałam, ale naprawdę kilka, co nie znaczy, że zawsze kończy się na kilku – podobno powinno się robić zakupy z listą, wątpię, czy u mnie by to zadziałało, ponieważ listę mam w głowie, stosuję mnemotechnikę, żeby zapamiętać, co mam do kupienia, a i tak zawsze coś wpadnie.

Dygresja again.

Dość dziwną konsekwencją weganizmu jest to, że kupuję i jem więcej, niż wcześniej. Żeby właściciel wiedział, że skoro schodzi, to warto sprowadzać, żeby spróbować, żeby mieć, bo może rzucili raz, a za chwilę nie będzie. Lidl jest nieźle zaopatrzony wegańsko, mają bardzo smaczne roślinne burgery, kiełbaski, sery Bez deka mleka, a ostatnio pojawiły się jogurty i deserki z mleka kokosowego. Jak nie przepadałam za jogurtami naturalnymi z mleka krowiego, czy sojowego, tak pokochałam kokosowe. Interesujące jest, jak różne czynniki powodują, że kupuję. Ostatnio władowałam do koszyka kolejne, po tym, jak poleciłam je wyraźnie wahającej się dziewczynie, która obracała pojemnik na prawo i lewo – pomyślałam, że muszę kilka wziąć, żeby nie stracić na wiarygodności. Poleciłam też jogurty kokosowe koleżance, która nie toleruje laktozy i jest nimi zachwycona – to tak na marginesie od marginesu dygresji od dygresji. Zatem polecam – Mini (i oczekuję na propozycję udziału w reklamie:).

A więc kolejka. I ja w tej kolejce. Kolejki mnie nie wzruszają – po prostu wyciągam z torebki/plecaka gazetę/książkę, które zawsze mam przy sobie, w ostateczności telefon z Legimi i czytam. Zawsze mam przy sobie? No, otóż nie zawsze, niech to dunder (co to ten dunder? czy to na pewno był dunder? później sprawdzę) świśnie (??? – chyba nie śfiśnie? i o co chodzi z tym świśnie? patrz: poprzedni nawias). Otóż, jak się okazało, nie zawsze. Tym razem nie wzięłam NIC. Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, co mną kierowało, skąd ta karygodna bezmyślność. Stałam jak ciołek (ciołka) w kolejce na 40 minut (kolejki mierzymy w minutach, nie w metrach), klnąc na siebie w sobie.

Po mojej prawej zgrzewki z wodą, po mojej lewej karmy dla zwierzaków – nawet nie ma czego pooglądać, czy poczytać na opakowaniu. Przeszłam wcześniej (wycofując się za pierwszym podejściem z kolejki) cały sklep w nadziei, że będą mieli książki, choćby takie dla dzieci, często zresztą lepsze od tych, dla dorosłych, zwłaszcza, jeśli mówimy o ofercie marketowej (atlasy, słowniki, kompendia wiedzy dla podstawówek, z których dowiaduję się, jak wiele nie wiem, albo już nie pamiętam), ale jak na złość nic. Nawet do reklamowych gazetek nie mogłam się dopchać. W plecaku znalazłam tylko kulkę papieru, nie mam pojęcia skąd się tam wzięła, która po rozwinięciu okazała się być stroną jakiejś bezpłatnej gazety z informacjami o sporcie – powiedziałam sobie, że aż tak nisko nie upadłam i wrzuciłam kulkę z powrotem do plecaka, niecierpliwie oczekując aż kolejka przesunie się bliżej alkoholi – uznałam, że lektura etykiet na butelkach będzie ciekawsza.

Tymczasem musiałam coś ze sobą zrobić i uznałam, że to świetna okazja do medytacji. No przecież ciągle sobie planuję, że będę codziennie medytować, różnie mi wychodzi, zwykle nie wychodzi, do końca nie wiem, czym jest medytacja, chociaż chyba jakoś tam wiem, zatem – dlaczego nie wykorzystać sposobności, nie poobserwować samej siebie, jak się miotam, wkurzam, jak sobie nie umiem poradzić z brakiem. Zaczęłam od obserwacji innych, tak łatwiej. O proszę, taki fajny koleś, a bierze dwie zgrzewki wody mineralnej, co za brak świadomości ekologicznej, ja mam zawsze ze sobą (obmacałam plecak – butelka jest zawsze w bocznej siatce, tym razem jej nie było) butelkę bez bisfenolu, z filtrem, napełnioną wodą, po co to tyle plastiku. W koszyku ma doniczkę z kolendrą (słusznie – oczyszcza organizm z metali ciężkich), warzywa (też słusznie), kefiry (no dobra, dojrzeje do weganizmu) i otręby (bardzo dobrze). Ale że ta woda? Tu mi się przypomniało, jak niedawno usłyszałam na ulicy: no i ona mi mówi, że jest ekologiczna, no jaka ona jest ekologiczna, dwa jabłka na styropianowej tacce, przykryte folią, myślę – ależ my siebie oceniamy, kto bardziej, kto mniej, zatem i ja sobie pooceniałam, współkolejkowicz był mniej, poczułam się więcej.

Pan za mną wyglądał na robotnika, który wyskoczył na chwilę z fabryki, żeby zrobić małe zakupy, z nudów byłam gotowa wszcząć konwersację, mimo że taka niby intro i w “normalnym życiu” nie miałabym, tak sobie myślałam, o czym z nim rozmawiać, ale nie patrzył na mnie tylko w przestrzeń.

Próbowałam obserwować swoje myśli, zgodnie z wytycznymi medytacji – ty idiotko, ostatni raz idziesz do sklepu bez gazety, kiedy w końcu będą alkohole, mogłabyś całą Politykę przeczytać w tym czasie, jakieś znajomości się nawiązują kilka koszyków przed, może miłość się wykluje, zanim dojdą do kasy zdążą się pobrać i wychować potomstwo, o, padło sakramentalne – pani tu nie stała, stałam, czy ta pani tu stała?, stała – potwierdza chór kolejkowy, skoro jestem przy karmach, to wezmę kotom trochę żarcia, a ta wysyła smsy zamiast się rozładować na taśmie, do kolejki prostej dochodzi kolejka boczna, mnie to nie dotyczy, jestem przed, zaraz się pozabijają, czekam na protesty, ale nie, dogadali się jakoś, raz ktoś od państwa, razy my, na zmianę, wie pani, myślałam, że jak przyjdę o tej porze, to będą pustki, a tu proszę, kolejka się śmieje.

Medytacja, świetnie, alkohole nie są tak interesujące, jak mi się wydawało, od dzisiaj pierwsze przykazanie: zawsze zabierasz ze sobą coś do czytania (nie zawsze, ale naprawdę zawsze), drugie przykazanie: to, co możliwe kupujesz przez Internet, to też zajmuje czas, ale kiedy masz już zapoznane strony i wejdziesz w rutynę – niewiele, nasza wina, trzeba było wcześniej zamówić wór sody, zamiast kupować ją w małych torebkach (stracony czas i nieekologiczne rozwiązanie), większość tego, co masz w koszyku można zamówić online, najlepiej w dużych ilościach, bo też ekologicznie i oszczędnie.

Tyle, że mieszkanie małe, nie ma gdzie składować. Kiedy kupiliśmy małe mieszkanie przy stacji metra, zamiast większego z gorszym dojazdem doszłam do odkrycia, że w przypadku ludzi średnio i mniej średnio bogatych to zawsze jest wybór między czasem, a przestrzenią. Mieszkasz bliżej albo łatwiej ci dojechać, ale za to masz mniejszą powierzchnię do gromadzenia. Co bardziej cenisz? Swój czas, czy swoją przestrzeń? Wybrałam czas i teraz sobie tłumaczę, że wystarczą nam dwa pokoje, chociaż w sobie myślę, że gdybyśmy mieli trzy to moglibyśmy swobodniej zapraszać gości (z noclegiem). Chciałabym nie musieć wybierać. Chciałabym móc kupić mieszkanie w kamienicy w centrum Warszawy, ale w cichym miejscu. Albo w miejscach, które mi się podobają – na Starym Żoliborzu, czy na Starych Bielanach/Starym Mokotowie, nie wiem nawet, czy to się pisze wielką literą, chyba te części stolicy z nazwą stary są najprzyjemniejsze. I najdroższe. A mnie się tam podoba. Jest dużo zieleni, dużo spokoju, ale i miejsc, w których można smacznie zjeść. Jest spokojnie i staro. I drogo. Więc nie dla mnie.

Mało minimalistyczne marzenia kobiety z prowincji, jeśli uznamy, że prowincją jest wszystko, co nie jest stolicą (Francuzi tak trochę mają – jak nie Paryż, to prowincja), która wciąż ekscytuje się tym, że w teatrze może “na żywo” zobaczyć Gajosa i Maję Komorowską.

Może minimalizm stąd, że i tak nie mogę więcej?

Zastanawiałam się kiedyś, abstrahując od religii i od tego, czy faktycznie istnieli – kogo można bardziej podziwiać – Jezusa, który zawsze był biedny i jakoś tam dał do zrozumienia, że biedny znaczy lepszy (wiem, upraszczam), czy Buddę, który był bogaty, bogactwo porzucił i jakoś tam dał do zrozumienia…. Wydawało mi się, że Buddę, bo trudniej zrezygnować, potem, że Jezusa, bo trudniej nie chcieć, kiedy się nie miało. Nie wiem. Jestem Jezusem…

Żebyś dojrzała do medytacji z zaskoczenia, musisz jeszcze dużo wysiedzieć na fotelu, z przymusu, twoje slow life wygląda tak, że z radością rzuciłabyś się w wir rozmowy z najnudniejszą osobą, którą znasz, chciałam napisać z księgową, ale nie krzywdźmy księgowych, to kolejny stereotyp, że księgowe i księgowi, to osoby bezbarwne i nudne, a zatem – wdałabym się w dyskusję nawet z myśliwym, chociaż zwykle nie staram się rozmawiać z osobami, które mają poglądy skrajnie różne od moich, uważam to za stratę czasu.

Ale może błędnie, może to jest  ta wartość nudy, że kiedy się nudzimy robimy rzeczy, których normalnie nigdy byśmy nie zrobili i są to rzeczy/sprawy wartościowe?

A może to nieprawda, co mówią psychologowie, że nuda jest twórcza, że  dzieci (ale i dorośli) powinny mieć czas na nudę, a nie plan dnia wypełniony zajęciami? Może się za chwilę wycofają z tych wniosków, jak wszyscy inni ludzie nauki, zaraz się dowiem, że nuda jest taka właśnie, jak ją widzę w kolejce do kasy w Lidlu – niezmiernie wkurzająca i nudna?

 

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>