Minimalizm

|

minimalny minimalizm i wolna powolność

Czy przeczytanie stu książek jest lepsze od przeczytania dziesięciu?

Lipiec 19th, 2020 at 22:47

Dużo jest teraz kursów, webinarów, wydarzeń kulturalnych do obejrzenia i wysłuchania zdalnie. Im dłużej siedzę w domu, nie cały czas, ale pracuję zdalnie, a wychodzę głównie po zakupy, tym mniej czuję potrzebę powrotu do świata. Nawet do sklepu chodzę przede wszystkim po artykuły spożywcze, niczego innego, jak mi się wydaje, teraz nie potrzebuję. Jak człowiek mało bywa, to mniej musi dbać o „wizerunek”, więc te ubrania, które mam zupełnie mi wystarczają. Z gazetami przeszłam do internetu, mam zasubskrybowaną Politykę, Newsweeka, Wyborczą, z pracy codziennie otrzymuję przegląd prasy – nie wystarcza czasu, żeby wszystko przeczytać. Czasami też kupuję pojedyncze wydania innych gazet. Ebooków mam tyle, że życia nie stanie, żeby zapoznać się z całością, a to są starannie wybierane tytuły, które wydały mi się interesujące. W czerwcu był taki weekend, że obejrzałam cztery spektakle online, a wszystko bezpłatnie. Do filmów mam Netflixa, HBO. Do nauki języków mnóstwo stron, w tym znakomite lekcje na youtubie. Brałam udział w kilku szkoleniach i webinarach z prawa, ale i z tzw. rozwoju – też bezpłatnie. Mam wrażenie, że więcej się uczę i oglądam niż przed covidem. Przestałam czuć potrzebę osobistego uczestnictwa. Trochę mnie to przeraża. Niedługo zamknę się w mieszkaniu, będę tylko co jakiś czas spotykała się ze znajomymi, a może nawet nie – przecież można telefonicznie i netowo. Mam gdzieś z tyłu głowy myśl, że chyba nie tak powinno wyglądać życie i świat. Ale nie jest mi z tym źle, więc po co się katować zbędną analizą? Jest, jak jest. Po pierwszym szoku związanym z pandemią, kiedy wpadłam w depresję, nastrój mi się poprawił.

Niedawno zapisałam się na webinar o kaizen, bo interesuje mnie ta idea/metoda. Trafiłam na niby doświadczoną, ale dość powierzchowną trenerkę, jednak nie mam do niej żalu, kilka ciekawych rzeczy powiedziała, raczej do niej nie wrócę, ale nie uważam tego czasu za stracony. W każdym razie rozmyślałam o tym webinarze i zastanowiło mnie do czego jest mi potrzebny kaizen i do czego jest potrzebny tej dziewczynie. Powiedziała, że kaizen pozwala zrobić więcej przy mniejszej ilości czasu. Przyszła mi do głowy taka  myśl – a dlaczego nie: zrobić mniej w ciągu dłuższego czasu? Dlaczego raczej uważa się, że pierwsza opcja jest lepsza do drugiej? A gdyby się człowiek przestał spieszyć i działać „efektywnie”? Co złego by się stało.

Ostatnie wydarzenia uświadomiły mi, że właściwie nie było sensu się spieszyć, wtedy, kiedy się spieszyłam, niewiele mój pośpiech wniósł do świata. Może chaos, może zamieszanie, nic, o co warto było się bić.

Świat zwolnił, duża część tego, co „miało być zrobione” nie jest. I nie dostrzegam minusów tej sytuacji. Tak, wiem, że wiele osób straciło pracę. Ja nie straciłam, więc łatwo mi tak mówić. No, ale to moje przemyślenia, myślane z mojej perspektywy. Może ta ich praca nie była aż tak bardzo potrzebna, jak się wydaje, może dobrze poszukać czegoś innego? Nie wiem. Ja nadal pracuję, a im dłużej trwa epidemia, tym mocniej uświadamiam sobie, że to, co robię jest mało potrzebne temu światu. Właściwie pracuję, żeby mieć za co opłacić wydatki, trochę się rozwijam, ale żeby ktoś poza mną miał z tego korzyść? Nie potrafię tego dostrzec.

Wiele spraw kiedyś do zrobienia na wczoraj to raczej sprawy do zrobienia na nigdy. Mielenie dla mielenia. Przykro się do tego przyznać, ale nie chcę być jedną z tych osób, które widząc, że weszły na niewłaściwą ścieżkę lezą z uporem dalej, byle nie psuć sobie samopoczucia. A może nie ma niewłaściwych ścieżek, tylko ja niewłaściwie patrzę? Może za bardzo pod nogi? I dlatego widzę skrawek drogi, bez związku z całością?

Wracając do webinaru. Gdyby tak mniej i wolniej?

Czasami robię taki eksperyment i specjalnie wykonuję niektóre czynności wolniej niż zwykle. Przeważnie cierpliwości nie wystarcza mi na długo, bo mam nawyk pośpiechu. Ale kiedy to robię zauważam, że wcale nie jestem „w niedoczasie” i z niczym się nie spóźniam.

Czasami próbuję powoli czytać książki, chociaż oczy biegną w kierunku kolejnych wierszy (swego czasu próbowałam tzw. szybkiego czytania). Zapewne nie przeczytam w ten sposób więcej, nie wygram akcji 40 książek w pół roku. Czy przeczytanie stu książek jest lepsze od przeczytania dziesięciu? Celowo piszę o książkach, bo łatwo mi przyznać, że nie muszę więcej w przypadku innych czynności, ale książki? Zawsze mi się wydawało, że muszę ich przeczytać jak najwięcej.

A może ja w ogóle nic nie muszę?

Jestem odizolowana od większości ludzi, a kontakt z ludźmi powoduje, że człowiek się bardziej spina, próbuje coś pokazać, udowodnić, porównuje się. Nagle tego nie ma, nie można się przejrzeć w oczach innych, nie ma społecznego zwierciadła, jestem ja i to co myślę o sobie samej.

Zdarzyło mi się pójść na większe spotkanie kilka dni temu i wróciłam z poczuciem zmarnowanego czasu. Poszłam chyba tylko po to, żeby nie zdziczeć. I tym bardziej doceniłam moją małą, prywatną przestrzeń. Zatem może z tego powodu było warto.

A co do kaizen – podoba mi się sam proces i jego obserwowanie, sprawia mi przyjemność dokonywanie drobnych zmian każdego dnia, takich zmian, dzięki którym mogę zmienić coś, co chcę zmienić, może poprawić, może uporządkować. W dłuższym albo krótszym czasie, zwykle nie zakładam w jakim.

Tylko tyle albo aż tyle. Albo, jakby powiedzieli zeniści – i tak, i tak:).

One Response to “Czy przeczytanie stu książek jest lepsze od przeczytania dziesięciu?”

  1. Magda Says:

    Właśnie przeczytałam “Filozofię Kaizen” i czuję się zainspirowana do wprowadzania różnych małych ulepszeń w życiu. Cieszę się, że znów regularnie publikujesz wpisy na blogu.
    Pozdrawiam.

    Ja też się cieszę:) Pozdrawiam

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>